Kronberg i (ważna) niemiecka Kolonia Artystów

wtorek, 30.06.2020/257 dzień życia w Niemczech

Fritz Wucherer, Am Bodensee, 1905. Obraz z kolekcji muzealnej, jeden z moich ulubieńców;
Wucherer był ostatnim z artystów zrzeszonych w kolonii, zmarł w 1948 roku.

Podróże na południowy-zachód, w klimatyczną dolinę Renu pozwoliły mi nieco odpocząć od architektury szachulcowej i górskich krajobrazów Taunusa. I po tej przerwie powrót na północ od Frankfurtu okazał się zaskakująco przyjemny. W miniony weekend zanosiło się na deszcz, w czasie deszczu, wiadomo, dzieci się nudzą, a wówczas najlepsze są muzea (między innymi, tej wersji będę się trzymać 😉 ). Tak wylądowaliśmy w malutkiej miejscowości Kronberg z jej kameralną i uroczą starówką, przepięknym niewielkim kościołem św. Jana i galerią malarstwa XIX i XX w. upamiętniającą jedną z pierwszych, a zarazem jedną z najważniejszych niemieckich kolonii artystów.
Ta galeria jest niesamowita z kilku powodów. Każdy z nich osobno jest wystarczający, żeby do niej zajrzeć, a suma stanowi rzecz nie do odparcia. Dzisiaj o Kronberger Malerkolonie Museum. Zapraszam!

Po pierwsze: kolekcja. Wiek XIX i pierwsze lata XX to jakieś sto dwadzieścia lat, podczas których malarstwo europejskie kwitnie i przenikają się w nim rozmaite nurty. I to wzajemne przenikanie, nawiązania, zapożyczenia, dialog, jaki prowadzą między sobą artyści z całego kontynentu jest w tej galerii widoczne jak na dłoni. A zatem, jeśli ktoś chciałby taką nasyconą pigułkę historii malarstwa z tego okresu przyswoić i sobie zilustrować, to to jest miejsce doskonałe.

„Dziewczyna czytająca w ogrodzie” Philippa Rumpfa. Prawda, że cudna? Rumpf był jednym z ojców założycieli kolonii.

Po drugie: Hesja i okolice. Większość przedstawicieli tej kolonii to utalentowani mieszkańcy Frankfurtu, którzy przenieśli się w góry Taunus i do Kronbergu na stałe lub wpadali tu od czasu do czasu malować to, co widzą dookoła. A w okolicy jest pięknie. I las, i szczyty, i wschody, i zachody słońca. I heskie miasta, najczęściej nad Menem, którego XIX-wieczne brzegi były jeszcze nieuporządkowane. Dla dzisiejszych mieszkańców Offenbachu czy Frankfurtu ta kolekcja jest jak podróż w czasie. Można dzięki niej zobaczyć, jak wyglądały ulice, place, nabrzeża, które przemierzacie codziennie. I jeszcze promil refleksji: naprawdę, żyjemy w pięknych cywilizowanych czasach. Porównanie z człowieczym losem, biedą, brudem i raczkującą infrastrukturą miejską sprzed stulecia wypada na korzyść XXI wieku (nawet przy wszystkich jego bolączkach).

„Kwitnąca jabłoń w Kronbergu”, a w zasadzie na tle Kronbergu; autor Nelson Gray Kinsley był z pochodzenia Amerykaninem, który jako młodzieniec przyjechał do Europy po śmierci ojca i już tu został. Wżenił się w rodzinę Antona Burgera – teść był pomysłodawcą i współzałożycielem kolonii. Dzielili razem kilka wielkich pasji, w tym te wiodące: do malarstwa i do łowiectwa. Elementy łowieckie i zachwyt nad przyrodą Hesji są charakterystyczne dla obrazów Kinsleya.

A tu brzegi Menu w Offenbachu Reiffensteina, widok z 1849 roku. Niecałe dwieście lat później wygląda bardzo podobnie, choć dziś Men jest węższy, a nabrzeża uregulowane i zagospodarowane. Reiffenstein to przedstawiciel realizmu z nutą romantyzmu, ulice i place jego miast są prawdziwe jakby robił zdjęcia, a gęstwy leśne lub sadzawki romantycznie mroczne. Lubię ten dualizm, ludzki jest.


Po trzecie: samo muzeum. Z jednej strony wybór staranny, ale nie przesadzony, przyjemnie rozmieszczony w gablotach i na ścianach plus sporo przestrzeni dla zwiedzających i ławki dla kontemplujących (albo zmęczonych staniem). Z drugiej absolutnie nowoczesne rozwiązania: odpowiednia temperatura pomieszczeń, światło, winda, nowe toalety w podziemiu, na poddaszu miejsce na zajęcia praktyczne, w tym na doświadczanie sztuki przez jej tworzenie własnymi rękami. Tak mnie to dostosowanie zachwyciło, że sprawdziłam szczegóły i okazały się one jeszcze bardziej niesamowite. Otóż ta kamienica, dzisiaj w Kronbergu, należała onegdaj do jednego z malarzy zrzeszonych w kolonii, pana Heinricha Wintera i stała we Frankfurcie do 1870 roku. W czasie prac nad przestrzenią miejską okazała się, pomimo swej niezaprzeczalnej urody, architektoniczną zawalidrogą. Przeniesiono ją zatem we fragmentach (sic!!!), złożono ponownie w Kronbergu (jakby była z klocków lego!) i przeznaczono na szkołę. A dosłownie kilka lat temu (2012) gruntownie wyremontowano i udostępniono jako galerię. 
N i e s a m o w i t e .

I wreszcie po czwarte: przemiły pan, który w tę niedzielę gospodarował na miejscu, miks kasjera z kustoszem. Uczynny, pomocny, rozmowny. Przygotował dla nas mapy Kronbergu, towarzyszył w kolejnych salach, opowiedział o niektórych szczegółach wystawy i odpowiedział na moje wścibskie pytania, w dodatku zadane po niemiecku (to jednak niesłychane, wygląda na to, że mówię w tym języku i to o sztuce, koniec świata: „a wie pan, spodziewałam się wyłącznie impresjonizmu, a ten Reiffenstein to jednak, widzę, podręcznikowy realizm…” albo „… te dwa obrazy są prawie identyczne, ale to chyba inna technika. Tu pastele, a tu olej, tak?”).


Wskazówka praktyczna 😉 : dla naszej trzynastoletniej Juniorki, w sumie zaprawionej w kulturowych bojach, nawet taka skoncentrowana historyczna pigułka okazała się trudna do przełknięcia.  Przewidując kryzys poprzedziliśmy całość porcją solidnych lodów, a w trakcie postawiliśmy na interakcję z nagrodami, w czasie której tłumaczyliśmy trendy, różnice i epoki.

Jeśli zatem i Wam przyjdzie zmierzyć się z podobnym nastoletnim wyzwaniem, polecam metodę na lody (trochę pomaga 😉 ) – ale na te lody zanurzcie się w starszą część miasta, niekoniecznie tuż przy galerii. Na słodkie, pizzę czy kawę najlepiej kierować się w stronę okolic kościoła św. Jana (Johanniskirche), to zaledwie kilka minut spaceru, a uliczki malowniczo kręte, szachulcowe i po prostu cudne. Polecam!


Tschuss!

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *