von und zu Frankenstein

10.03.2021

Z okien salonu mojego niemieckiego mieszkania widać las, a z okien kuchni, nad dachami domów i torami, po horyzont ciągną się góry Odenwaldu. To pasmo, którego nazwy nie mogłam się nauczyć aż do dnia, gdy doczytałam, że ten Odenwald to las Odyna, nordyckiego top boga, północnoeuropejskiego odpowiednika Marsa i ojca Thora. I nagle niemożliwe stało się możliwe, odmieniam ten Odenwald z lewa na prawo i z prawa na lewo, najczęściej, gdy piję w kuchni pierwszy łyk porannej kawy.

Jeśli spojrzycie na mapę, to zobaczycie, że szczęściarz Frankfurt jest jakby zamknięty klamrą gór. Od północnego zachodu ciągnie się luksusowy Taunus, a z drugiej, wzdłuż drogi na południe, równolegle z Bergstrasse, suną niewysokie pagórki Odenwaldu.

I wśród tych wzgórz odkryłam niedawno, tuż obok mojego ukochanego Darmstadt (klik), osławiony i owiany legendami zamek Frankenstein. Aż dziw, że tak późno. Ale, jak mówią, lepiej późno niż wcale.

Ruina, usadowiona strategicznie na jednym z wyższych wzniesień, pochodzi z XIII wieku. Jej nazwa to charakterystyczny dla niemieckiego miks słówek Stein, czyli kamień, i Franken, nazwy jednego ze starożytnych plemion germańskich. To tutaj w XVII wieku miał przeprowadzać swoje eksperymenty niejaki Dippel, alchemik, jakich nie brakowało w Europie owego czasu, poszukujący, jak inni, formuły eliksiru wiecznego życia. Napoju nieśmiertelności. W tym celu Dippel ćwiartował zwłoki zwierząt, mielił ich rogi i gotował wnętrzności. Po okolicznych wsiach chodziły słuchy, że kroił nie tylko zwierzęce truchło, ale i ludzkie szczątki. Ponoć miał je także ożywiać.*

Niestety, czegokolwiek nie wymyślił, nie uratowało go to przed udarem, na który umarł długo przed dożyciem zapowiadanych publicznie 135 lat. Wcześniejsza próba zamiany fenomenalnej receptury na prawo własności zamku Frankenstein także spaliła na panewce. I pewnie cała historia skończyłaby się w tym miejscu, gdyby niecałe dwa stulecia później bracia Grimm (klik) nie opowiedzieli jej pani Mary Jane Godwin, która wpadła z wycieczką nad piękny Ren. Nie dajcie się zwieść odmienności nazwisk. Pani Godwin była macochą niejakiej Mary Shelley, która nadała całej historii zupełnie inne oblicze i opublikowała w roku 1818 pod tytułem „Frankenstein albo nowy Prometeusz”.

Powieść, dzisiaj kwalifikowana jako jeden z pierwszych utworów SF, przez długi czas przypisywana była mężowi Mary, P.B. Shelleyowi, znanemu angielskiemu poecie i dramaturgowi. Gdy prawda o kobiecym piórze została potwierdzona, zachwyt zastąpiła krytyka. A przecież opowieść o doktorze Frankenstein, który w akcie kreacji odważył się zastąpić Boga, a następnie zmierzył z konsekwencjami tego czynu, okazała się niezwykle przenikliwa i wielowymiarowa, stawiając przy okazji pytania nie tyle o granice ludzkiego poznania, co kwestie moralności i odpowiedzialności.

Epoka kina umożliwiła popularyzację powieści w niespotykanym rozmiarze, ale popularyzację w zasadzie pozbawioną etycznych niuansów, na których najbardziej zależało autorce. Filmowcy intuicyjnie postawili na najbardziej nośny wątek. Zgodnie bowiem z wynikami badań antropologów, żywych ludzi od zawsze najbardziej przerażał ożywający trup. A poruszane nieznaną siłą gnijące ciało, budzące dziki strach bezpiecznie ograniczony wyłącznie do kinowej sali, obiecywało branży krociowe zyski. Tak horror zastąpił katharsis. Tylko, że nie o to chodziło Shelley, w której opowieści prawdziwymi potworami okazali się zwykli ludzie.

Pamiętam, jak na studiach oczarowana wysłuchałam opowieści o tym, w jaki sposób powstał „Frankenstein”. Otóż Mary i pan Shelley mieli spędzać deszczowe i zimne lato razem z Byronem. Dla zabicia nudy opowiadali sobie rozmaite przerażające historie. Dwa lata później Mary opublikowała „Nowego Prometeusza”.

Może było tak. A może inaczej. Bo rok 1816 był niełatwym rokiem dla panny Mary Godwin. Od ponad dwóch lat żyła w konkubinacie z żonatym mężczyzną, któremu wbrew woli rodziców urodziła dziecko. Społeczny ostracyzm to jedno z delikatniejszych określeń na to, co ją spotykało w owym czasie. Nowonarodzona dziewczynka, pierwsza z kilkorga, które nigdy nie dożyły wieku dorosłego, zmarła po 12 dniach. W styczniu 1816 Mary urodziła kochankowi kolejne dziecko i wyjechała z przyrodnią siostrą Claire na spotkanie z Byronem. Z Byronem, owszem, wielkim poetą, ale także nieślubnym ojcem dziecka noszonego w łonie Claire. Zanim opowieść o genialnym naukowcu zobaczyła światło dzienne, przez życie Mary Godwin przeszły kolejne dramatyczne wstrząsy: samobójstwo najstarszej siostry i śmierć prawowitej żony Shelleya, która w zaawansowanej ciąży, od lat nieszczęśliwa w małżeństwie, rzuciła się do Tamizy. Niecały miesiąc po odnalezieniu ciała topielicy, świeżo poślubieni pan i nowa pani Shelley opuszczali londyński kościół St. Midred. I może żyliby długo i szczęśliwie, gdyby nie sztorm we włoskiej zatoce La Spezia. To w czasie tego sztormu, w lipcu 1822 roku, ginie Percy Bysshe Shelley (jego serce Mary  przechowywała do końca życia).

Zainteresowanych odsyłam do biografii pisarki, którą współczesność odkrywa na nowo, a którą, oprócz niesamowitej literatury, definiuje też intelektualne dziedzictwo i pochodzenie.  Mary była bowiem dzieckiem Williama Godwina, wybitnego myśliciela i intelektualisty swoich czasów, oraz Mary Wollstonecraft, jednej z najbardziej znanych obrończyń praw kobiet i feministki XVIII wieku. Dziewczynkę, bardzo wcześnie osieroconą przez matkę, przez długi czas wychowywał sam ojciec, wysoko stawiając poprzeczkę edukacji. Traktowana jak skarb i ktoś absolutnie wyjątkowy, przeżyła szok, gdy ojciec ożenił się ponownie. Bajka się skończyła. Nazwiska matki macocha nie pozwoliła wymawiać na głos. I faworyzowała własne dzieci. Mary pozostawała tylko ucieczka. Choćby w ramiona żonatego mężczyzny.

Jak widać, jeśli chodzi o potwory, Mary Shelley miała za sobą bogate doświadczenie już od wczesnego dzieciństwa. I naprawdę, do życia nie potrzebowały one ani dodatkowej iskry ani cudu, ani doktora Frankensteina. Wstawały co rano, piły kawkę albo herbatkę, czytały dzienniki, a potem z szelestem sukien, w szmerze powozów ruszały do miasta lub na piknik.

Być może Mary widziała nawet jednego z nich codziennie w lustrze gotowalni, gdy zwijała rude włosy w kunsztowne pukle. A może nie widziała nic, po prostu srebrna tafla i odbicie, piękna kobieta o wielkich i nieco zmęczonych oczach.

Za tymi oczami mózg, o sile i wyobraźni przypisywanej swego czasu mężczyźnie.
Mózg, który wyłączył jej świat, gdy przekroczyła próg pięćdziesiątki.
I w tym mózgu jeszcze inny potwór, tak dobrze nam znany.
Rak.


Tschuss.

 

*polskim odpowiednikiem Johanna Konrada Dippela, niemal w tym samym czasie, był choćby Jan Twardowski i jego legendarny pakt z diabłem. Przypomnę, że dzięki swym alchemicznym „umiejętnościom” Twardowski miał Zygmuntowi Augustowi przywołać ducha ukochanej Barbary. Jak wiemy, w półmroku komnaty, wśród kłębów dymów, ukazał szalejącemu z tęsknoty królowi mieszczkę łudząco podobną do królowej, odzianą w jej szaty i ulubioną biżuterię z pereł. Taka to była magia.

I jeszcze: oczywiście ten trop paktu z diabłem i poszukiwań nieśmiertelności prowadzi nas nieuchronnie do doktora Fausta i Goethego. Ale to temat tak obszerny i dla niemieckiej kultury tak ważny, że o nim kiedy indziej. 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *