piątek trzynastego

13 września 2019, piątek/ 22 dzień życia w Niemczech

Matko, jak ten czas leci. Wczoraj minęły trzy tygodnie od naszego przyjazdu do Hesji. Dni są wypełnione wrażeniami i płyną jak wodospad. Trochę się wszystko ucodziennia, zwłaszcza odkąd Juniorka poszła do szkoły. Tylko dla mnie to codzienne 6.45 rano ciągle jest ciężkie do strawienia, ale rekompensuję to sobie długimi spacerami z psem ok. 10.00. Sunia ma raj. Iście teutońska puszcza, do której idziemy spacerem pięć minut, i codzienne ponad godzinne wędrówki tam luzem dają jej luksus, jakiego nie zapewniały wielkopolskie pola, po jakich ganiałyśmy co dwa, trzy dni.

Ten las to autentyczny bór, z wykrotami, starymi drzewami, paprociami; jest mieszany, choć mnóstwo tu dębów (więcej niż u nas) i cudne klony. Z wolna całe to towarzystwo przygotowuje się do jesieni. Mam nadzieję zobaczyć ten festiwal barw już wkrótce.

Dzisiaj u nas ruch jak na Marszałkowskiej. Męża po całych dniach nie ma (w pracy!), za to co chwilę dzwonek do drzwi. Pierwsza wpadła Frau Markus, była lokatorka naszego mieszkania, z którą – wyczaiwszy, że ona to ona, zagadałam na podziemnym parkingu (Mąż nie rozpoznaje tych wszystkich starszych pań, przyznał, że mu się mylą). Frau Markus w drzwiach zderzyła się z Juniorką wychodzącą właśnie na spacer z psem. „Mama w domu?” . „Jestem, jestem”, podbiegam do drzwi, przekonana, że sunia będzie robić hałas na widok obcej osoby. Nic bardziej mylnego. Pani Markus jest energiczną osobą, z tego, jak się rusza i jak mówi stawiam na choleryka, i sama ma psa. „Frau Karolina”, mówi pani Markus głosem zachrypniętym od papierosów, „muszę panią najmocniej przeprosić”.  „Cóż się stało, Frau Markus”, pytam. „Ach, droga pani, wrzuciłam dziś moje śmieci do pani kubła, najmocniej przepraszam. Dwadzieścia lat wrzucałam do kubła z numerem 20, no i dzisiaj też. Pani wybaczy”.

Witajcie w Niemczech.

„Nic się nie stało, pani Markus. Naprawdę nic się nie stało.”  Uśmiecham się uroczo i staram ukryć, że zapomniałam na śmierć, ze mieszane śmieci wyrzuca się tu, w tym mieście, pewnie w tym kraju, do własnego kubła z numerem mieszkania. Hmmm, myślę, ile osób ja powinnam przeprosić?

Może to jest jakiś sposób na budowanie relacji z sąsiadami?

Wyobrażam sobie swoją pielgrzymkę od mieszkania do mieszkania: : „Hallo Frau X, Hallo Frau Y, Hallo Herr Z, jestem sąsiadką spod dwudziestki i dzisiaj, a w zasadzie od trzech tygodni wyrzucałam śmieci do waszych kubłów. Najmocniej przepraszam. Taki nawyk. W moim prostym kraju na wschód od Odry w blokach mamy wspólne kubły, za to makulaturę i szkło mamy lepiej oznaczone od tych waszych. Niemniej najmocniej przepraszam. Już więcej nie będę. Entschuldigung.”

Ledwo za Frau Markus zamykają się drzwi, wpada kolejna sąsiadka, czarująca pani, której nazwiska nie pamiętam od zawsze. Ponieważ obie z Juniorką jesteśmy pod wrażeniem jest stylu, nazwę ją tu dla ułatwienia Frau Stil. Frau Stil mówi coś w drzwiach i to zdanie pokazuje, jak trudno mi zrozumieć wiadomość pozbawioną kontekstu. Mówi o balkonie i że coś będzie kaput. Dębieję. Co na moim balkonie może być kaput (oprócz mnie, jak nie przestanę myć tych okien)? Ale Frau Stil jest osobą równie zdecydowaną co Frau Markus, choć prawdopodobnie jest typem sangwinika, nie choleryka. „Kann ich zeigen?” –  pyta. „Mogę pokazać”? Jasne, otwieram drzwi szerzej i wpuszczam panią Styl do mieszkania. Jest tak jak zwykle, gdy działa prawo Murphiego (a kiedy nie działa?). Normalnie prowadzę to wnętrze na wysoki połysk. Ale dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj rano mój pies odnalazł w teutońskim lesie jakieś niezaschłe do końca bajoro (to dobra wiadomość dla tej części planety: kończy się susza, może będą grzyby), w które wlazł po łokcie i brzuch. I oblepiony tym śmierdzielstwem szedł bardzo dumnie do domu, bo nie zdołało się wykruszyć, niestety, choć tak bardzo na to liczyłam. Przeszmuglowałam zatem sunię do windy i do domu, modląc się w duchu o brak sąsiedzkich spotkań na tej trasie. I tak zafajdanego czworonoga usadziłam na tarasie, a jak bagno nadal nie odpadało, wstawiłam do brodzika na parterze i wykąpałam. Ach, myślałam polewając zwierzę ciepłą wodą w wygodnym brodziku, gdyby Herr Besitzer (właściciel) widział, co ja tu wyprawiam w trzy tygodnie od przyjazdu… A zatem pies wyglądał już lepiej, czego nie dało się powiedzieć o balkonie. I o poduszkach psa, które wyglądały jakby nie zdążył do toalety. Postanowiłam, ze najpierw niech błocko się wysuszy, a ja je potem zamiotę. I ewentualnie umyję balkon. I właśnie, oczywiście, na ten moment, między postanowieniem a realizacją, czyli gdy błocko na balkonie było prawie wysuszone, wpada Frau Stil, żeby mi zeigen, o co chodzi w jej przemowie. Drobnymi kroczkami pędzi do drzwi balkonowych, a ja za nią zrozpaczona ogarniając wzrokiem pobojowisko wewnątrz mieszkania. Koniec. Frau Stil właśnie się upewnia, że Polacy to brudasy, inna nacja, niesprzątająca, i żadne moje błyszczące od mycia okna nie uratują sytuacji. Wkracza na balkon w rudych plamach z błota. Po drodze mija rzeczone poduszki psa. Katastrofa jest totalna.

I na balkonie wskazuje palcem nikłe kwiatuszki wyrastające z przestrzeni pomiędzy płytkami i niższym piętrem. Oto sprawca nieszczęścia. Jeśli nie usunę tych kwiatuszków, balkon będzie kaput. Kiwam głową. Macham ręką i wskazuję na łajno na balkonie. „Przepraszam”, dukam, „mój pies…” . „Ach”, macha ręką Frau Stil, „kein Problem”, to przecież naturalne jak się ma psa. „Ale te kwiatki”, mówi, „trzeba je usunąć”. „Właściciel, Herr Besitzer”, musiał ich nie zauważyć, bo przecież na pewno sam by je wyrwał…” „No tak”, mówi jeszcze, „te wielkie balkony są piękne, ale wymagają pracy”. Drobi kroczkami w stronę drzwi wyjściowych. Lecę za nią. „Danke schon, Frau Stil. Tschuss”.

Zaraz po jej wyjściu biegnę do drobnych kwiatuszków. Bóg mi świadkiem, myślałam, że są częścią balkonowej aranżacji sąsiada na dole. Nie chciałam ich wyrywać, by nie psuć artystycznego zamysłu. A nuż ja ją wyrwę, a sąsiadowi cała roślina padnie kaput?

I – żeby nie być podejrzaną o wścibstwo – nie przechylałam się przez poręcz balkonu, by ocenić ogród rzeczonego sąsiada. No to teraz się przechylam. I co? I nic. Pode mną nie ma na tym poziomie żadnego sąsiada.  Ż a d n e g o    balkonu. Roślinka jest wiatrosiejką, a ja kretynką. Z tą smutną konstatacją chwytam za mizerną łodyżkę i ciągnę jak przysłowiowy dziadek rzepkę. Roślinka niczego sobie, chyba drzewo, z takim zakorzenieniem… ciągnę, ręce bolą, roślinka zaparła się na dobre, istnieje ryzyko, że razem z nią wyrwę pół bloku. Poddaję się. Przynoszę z kuchni wielkie nożyce i obcinam roślinkę o zaskakująco grubych łodygach. Mutant czy co? Herr Besitzer, Frau Stil i inni  mieszkańcy mogą zatem dalej żyć w spokoju. Konwenanse zostały utrzymane. Roślinki nie ma, bo jej nie widać…

… a tymczasem straszny system korzeniowy rozwala dom od środka…

I wreszcie, jako ostatnia, wpada mi do głowy myśl, gdym wyszorowała taras i umyła kolejne okno. Już wcześniej zorientowałam się, że jesteśmy lokalną atrakcją, a przynajmniej lokalną blokową odmianą dla miejscowej grupki emerytów. Czyżby zatem odwiedziny obu pań nie były przypadkowe?

… inspekcja….?

— inwigilacja…?

– ufaj i kontroluj….?




Tschuss!

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *