zawiedzeni, ale przygotowani. Niemcy a wojna na Ukrainie

01.03.2022

Manifestacja przeciw wojnie na Ukrainie, Kolonia, 27.02.2022. Foto: K. Filipiak.

Wiele osób dzwoni i pyta, jak reagują Niemcy, co piszą tutejsze gazety, jak w ogóle jest i jaki jest klimat (polityczny, oczywiście).  Zainteresowanych bardzo zachęcam do lektury artykułu Onetu (klik), w którym Adam Traczyk niezwykle zgrabnie podsumował aktualną politykę Olafa Scholza i wcześniejszy stan relacji niemiecko – rosyjskich. Poniżej dodałam kilka moich refleksji i parę słów o tym, co pobrzmiewa w lokalnych mediach. Zapraszam.

  1. Rozczarowanie.
    Agresja Rosji na Ukrainę była czymś, z czym, pomimo wycieczek na Kreml, Scholz się liczył. Dosłownie w kilka godzin po ataku, jednym z komentarzy kanclerza było znamienne zdanie: „Jestem zawiedziony, ale nie nieprzygotowany”.

2. Łącze bezpośrednie – już nie.
W owym wczesnym okresie, jeszcze na samym początku inwazji, Niemcy oczywiście zadawali sobie pytanie, dlaczego do niej doszło, skoro liczące się europejskie instytucje i państwa nakłaniały Rosję do zaniechania działań militarnych. To jest naturalnie pytanie, na które odpowiedzi będzie się szukało latami (o ile będzie nam to dane), ale wśród niemieckich prób wczesnej analizy pojawia się wątek zmiany rządu. I nie, nie chodzi o legendarnie dobrą relację kanclerz Merkel z Putinem, której symbolem miała być direkt łączność telefoniczna z Berlina do Moskwy (tzw. bezpośredni drut, czyli kabel – Merkel mogła wystukać numer i po drugiej stronie odbierał sam prezydent Rosji. Ona mówiła po rosyjsku, on po niemiecku. A zatem – teoretycznie – problemów w komunikacji nie było, przynajmniej na poziomie bazowym). Chodzi o niedawno obranego Scholza, który – być może takie było oczekiwanie Moskwy – nie okrzepł jeszcze w strukturach i nie wyrobił sobie własnej marki. Był nowy. A z takim (wydawałoby się) łatwiej sobie poradzić.

3. Niemieckie społeczeństwo – pacyfizm i prawa obywatelskie.
Można się co prawda ciągle żywić niemieckimi upiorami brunatnej przeszłości, ale pobyt tutaj utwierdził mnie w przekonaniu, że nikt bardziej niż sami Niemcy nie zdaje sobie sprawy z tego, co zrobili w czasie 2. W. Ś. I nikt ani głośniej, ani mocniej nie bije się we własną pierś niż oni. Na fali tej skruchy Niemcy od lat (dość konsekwentnie, choć czynią wyjątki) rzeczywiście nie wysyłają broni w miejsca konfliktów, choć naturalnie i broń, i wojsko mają. Bundeswehra wchodzi w skład sił zbrojnych NATO, uczestniczy więc w NATO-wskich akcjach, a także w działaniach humanitarnych ONZ. Jest to piętnasta najpotężniejsza armia świata (stan na styczeń 2021), za USA, Rosją, Chinami, Indiami, Francją, Japonią, Południową Koreą, Wielką Brytanią i Turcją.  

I teraz ciekawostka: to niewysyłanie broni jest jakby wdrukowane we współczesnego ducha tego narodu. Jeszcze przed wojną na Ukrainie intensywnie dyskutowano w Niemczech, jak zapobiec konfliktowi, i uwierzcie, właściwie nie było nikogo, kto by to niewysyłanie podważał. Pomoc humanitarna – tak, hełmy – owszem, ale granaty albo czołgi – już nie. Tak naprawdę społeczna zgoda na taki ruch pojawiła się dopiero, gdy rosyjskie wojska zaczęły zabijać ukraińskich cywilów.

To wtedy w całych Niemczech rozlały się antywojenne demonstracje, a niemiecki rząd po raz kolejny okazał się niezwykle wyczulony na to, co na transparentach wypisali obywatele. Dosłownie na moich oczach wprowadzano kolejne postulaty, które wcześniej skandował niemiecki tłum – takie jak zamknięcie unijnej przestrzeni powietrznej czy silniejsze, realne wsparcie wojskowe dla Ukrainy.

Dzisiejsze Niemcy, co może nie być tak widoczne z Polski, są niebywale wyczulone na prawa obywatelskie jednostki. Z moich obserwacji wynika, że wielka zmiana w polityce Niemiec względem Rosji (owa „kopernikańska rewolucja”, o której mówi pan Traczyk), nastąpiła dosłownie w tym momencie, w którym armia Putina tak poprowadziła atak, że masowo zaczęli ginąć zwykli ludzie. Im bardziej Rosja robiła się prymitywnie agresywna, tym szerzej niemiecki (i cały zachodnioeuropejski świat dyplomatyczny) otwierał oczy. Wojna oczywiście nigdy nie jest humanitarna, ale jak rozumiem z wypowiedzi wojskowych, można tak prowadzić współczesne działania wojenne, by skupiać się wyłącznie na celach militarnych i oszczędzać cywilów. Tymczasem Putin wrócił do narracji sprzed osiemdziesięciu lat i świat obiegły zdjęcia ukraińskich miast jak z 2 W. Ś.  Tym samym zerwał maskę z twarzy. Pod maską zdziwieni Zachodnioeuropejczycy dostrzegli nie dziwacznego w swym nieco archaicznym stylu pseudocara megalomana, ale zbrodniarza wojennego. A na to we współczesnej Europie zgody nie ma*.

4. Bierzemy pod uwagę, ale musimy się zastanowić.
Można się podśmiechiwać z niemieckiego sposobu prowadzenia polityki, ale dla mnie, imigrantki i obserwatorki, oprócz zdarzającego się chwilowego znużenia czy zniecierpliwienia, w dłuższej perspektywie taki sposób myślenia o konsekwencjach budzi wielki szacunek. Niemcy rzadko kiedy podejmują decyzje w emocjach. Siadając do stołu, by po raz pierwszy rozmawiać o wyłączeniu Rosji z systemu SWIFT, niemiecki minister finansów postawił sprawę uczciwie na samym początku: bierzemy taką procedurę pod uwagę, ale musimy się zastanowić nad konsekwencjami. A Annalena Baerbock dodała wprost: „Jako rząd jesteśmy odpowiedzialni za zapewnienie Niemcom ogrzewania domów i energii elektrycznej”. Pod wpływem wydarzeń na Ukrainie, reakcji kolejnych europejskich przywódców oraz sygnałów społecznych wysyłanych przez własnych obywateli (demonstracje, dyskusje w mediach), Niemcy zdecydowały się na ograniczenia swiftowe w Rosji, choć uderzą one także w ich własne interesy (i nie chodzi wyłącznie o strategicznie ważny dla Niemców gaz czy inne surowce – w Rosji działa ponad 3000 firm niemieckich, a zatem tysiące niemieckich pracowników, dostawców i kontrahentów, którzy rykoszetem mogą w ten sposób zostać pozbawieni środków do życia). 

I jeszcze – po ostatnich kowidowych latach i po wpompowaniu w gospodarkę gigantycznych sum pieniędzy – Niemcy panicznie boją się recesji.

5. … bo nie dostali adresu.
Zanim Niemcy ruszyły z deklaracją o swoim militarnym zaangażowaniu w konflikt na Ukrainie, świat obiegła anegdota o tym, jak to pani Baerbock najpierw zaproponowała Ukraińcom wyłącznie hełmy, a potem jeszcze ich nie wysłała odpowiednio szybko.  

Bo nie miała adresu.

Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę tu na siłę nikogo bronić, rzeczywiście, trzeba było te hełmy wysłać szybciej. Podobnie jak wszystko inne, bo teraz, gdy Putin zbombardował lotniska i otacza Kijów ciasnym żelaznym kordonem, ja, laik i cywil wyobrażam sobie, że transport czegokolwiek na Ukrainę będzie po prostu niezwykle trudny. Nawet przy zastosowaniu, jak to się modnie mówi, hubu transportowego na terenie RP.

Ale jako od niemal trzech lat mieszkanka Hesji napiszę tak: owszem, brak adresu może być dla niemieckiej administracji wielką przeszkodą.  Bo sami pomyślcie: jak przesłać, skoro nie do końca wiadomo dokąd?

Przecież takie hełmy to ważna sprawa.
Życiowa.
Na te hełmy płacili podatki niemieccy podatnicy.

Doprawdy, nie można sobie tego, ot tak, paczką wysłać do Kijowa.
Na poste restante.

Przecież to musi dotrzeć we właściwe ręce.
Przecież ktoś musi podpisać, że odebrał.
Pokwitować.

Czyli bez adresu po prostu się, moi Drodzy, nie da.

Kto tu był, kto tu żył, ten wie.


Tschüss!



*Możemy się oczywiście dziwić i narzekać, że przecież Polska wielokrotnie ostrzegała i u nas nikt się rosyjskiej agresji nie dziwi, ale – proszę Państwa – po pierwsze dla zachodniej Europy, której perspektywa kończy się na Odrze (klik), nasze doświadczenia są, grzecznie rzecz ujmując, umiarkowanie istotne. A po drugie, nawet jeśli byłyby istotne, to z różnych przyczyn od dekad uznawani jesteśmy za megarusofoba.  Tyle razy mówiliśmy, że z Rosją trzeba bardzo ostrożnie, że aż się to zrobiło nudne. I przestano nas słuchać.

Jeśli czytasz mojego bloga, możesz zamówić także moją książkę i wkrótce cieszyć się zapachem druku i szelestem kartek.

Zamów książkę →

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.