der Wunder

czwartek, 16 stycznia 2020/ 98 dzień życia w Niemczech

Mój kurs niemieckiego to kurs zarówno językowy, jak i – jak tu mówią – orientacyjny. Częścią programu jest zapoznanie uczestników z kulturą i historią Niemiec. Tak zbudowany jest podręcznik (czyli uczymy się słówek przy okazji analizując tematy takie jak święta, architektura, festyny, praca, pisane i niepisane zasady, w tym równouprawnienie itd.), a ponadto elementy pogadanek i filmy.

Te ostatnie oglądamy dopiero teraz, gdy materiał podręcznika zrealizowaliśmy do ostatniej kropki nad każdym i. Logiczne, bardzo praktyczne i bardzo po niemiecku. Ja wolałabym, żeby takie interwały filmowo-kulturalne miały miejsce wcześniej i wprowadzały trochę powietrza w zwały gramatyki i Struktur, ale ja to ja, niektórzy na sali pewnie powiedzą, że filmy to mogą oglądać sobie w domu, niekoniecznie na zajęciach. Od siebie dodam, że owszem, można filmy oglądać i w domu, ale ja na ten film, o którym za moment opowiem, w życiu bym nie trafiła, a poza tym wprowadzenie w wykonaniu nauczyciela starej daty, poniekąd świadka zmian pokazywanych w filmie, warte było poświęcenia tych dwóch godzin. Tego kontekstu, tej ostrożnej interpretacji, tego doboru słów nie znalazłabym nigdzie indziej.

Film, który zobaczyliśmy, to „Cud w Bernie” („Der Wunder von Bern”) z 2003 roku, w reżyserii Sönke Wortmanna. Pan Wortmann uważany jest za najbardziej kasowego reżysera Niemiec po Zjednoczeniu, a „Cud…” , ze swoimi sześcioma milionami widzów tylko to potwierdza. I jeszcze dodam, że tak, rozumiem tych sześć milionów, ta opowieść wciągnęła mnie tak, że finał przyniósł katharsis, łzy
i radość, i jakieś oczyszczenie. I noc pełną snów. I poranek przemyśleń.

Akcja toczy się w Zagłębiu Ruhry, do dziś najbardziej przemysłowym regionie Niemiec, z silnymi tradycjami wydobycia węgla i produkcji stali (a jak węgiel i stal, to oczywiście i górnicy, i hutnicy, a zatem tradycyjnie bardzo męskie zajęcia przekładające się na równie tradycyjny podział ról społecznych z mężczyzną jako głową rodziny). Jest rok 1954, krajobraz i architektura jak na Śląsku. Mija właśnie dziewięć lat od końca wojny, Europa z wolna otrząsa się z koszmaru, jaki za nią. W Niemczech jest jak gdzie indziej w tym czasie i na tym kontynencie, czyli i biednie, i bez mężczyzn, którzy albo zginęli w czasie walk, albo właśnie wracają do domów. Z tą różnicą, że ci, którzy wracają w Niemczech, to najczęściej więźniowe radzieckich łagrów – wyniszczeni fizycznie, zdemolowani psychicznie. Upokorzeni.

Ich powrót po niemal dekadzie od zakończenia wojny to powrót do świata, który znacząco różni się od tego, co zostawiali wyruszając na front. Żony i matki los zmusił do zarobkowania i samodzielności. Pracują od lat, by utrzymać swoje rodziny. Dzieci przestają być dziećmi znacznie szybciej z tego samego powodu. Nie znają lub niemal nie pamiętają ojców, których nieobecność przypadła na najważniejsze lata ich rozwoju. Powrót weterana okazuje się koszmarem, z którym mierzą się wszyscy. Codzienność miażdży obustronne oczekiwania.

Równolegle toczy się historia mistrzostw świata w piłce nożnej, w których, po raz pierwszy od wojny, mogą wziąć udział Niemcy. Przypomnę, że w roku 1950, w ramach kary, Niemcy nie mogły zagrać w pierwszych powojennych mistrzostwach (stary belfer długo szukał słowa, którego w końcu nie użył.
A chciał powiedzieć, że to wykluczenie w pierwszym mundialu było: demütigend, upokarzające).

A zatem dla Niemiec, w których od zawsze grano w piłkę na każdym podwórku, a każde większe miasto Zagłębia Ruhry miało swój klub, mistrzostwa 1954  były wielką narodową szansą. Jakimś sposobem na odzyskanie narodowej dumy. I ten wątek prawdziwej piłki, futbolu bez kosztownych reklam, bez afer, bez korupcji, za to z wielkimi nazwiskami piłkarzy amatorów, oświetlony blaskiem wyłącznie wielkiej pasji, w finale łączy wszystkich bohaterów.

I jeszcze, oczywiście, walka pokoleń, która kilka dekad wstecz, zanim w XXI wieku rodzice zrobili się bardziej cool niż ich własne dzieci, rzeczywiście miała prawo bytu. Na Stary Kontynent wymęczony wojną spływa amerykański swing i jazz, charakterystyczne fryzury i moda; a (dosłownie) z drugiej strony, dla tych, którzy pamiętają kryzys i głód sprzed wojny, nieodparcie kuszącą szansą staje się komunizm i jego hasła równości dla wszystkich. Młodość nie chce tkwić w koleinach wypracowanych przez starsze pokolenia i rwie się do popełniania własnych błędów.

Wreszcie, dla koneserów Europy i jej historii codzienności – dopracowane w każdym detalu stroje, meble, standardy usług lat pięćdziesiątych. Niemiecka kadra na zgrupowanie zjeżdża do hotelu w południowych Niemczech, malowniczo usytuowanego nad jeziorem. Hotelowi boye w wiśniowo-złotych surdutach przenoszą bagaże sportowców. Piłkarze na oficjalne okazje ubrani są w szare rozszerzane spodnie wyprasowane w kant i niebieskie marynarki, całości dopełniają kapelusze. Panie mają loczki na czołami, włosy kunsztownie ułożone w fale, noszą gorsety i spódnice lub sukienki podkreślające wcięcie w talii i smukłość kobiecych łydek (taką modę, po latach wojennej siermięgi, na fali potrzeby powrotu do podkreślania kobiecej sylwetki z sukcesem zaproponował Dior. O ironio, w tym świecie w praktyce prowadzonym przez wyemancypowane, silne kobiety, Chanel ze swoimi chłopięco prostymi, wygodnymi fasonami idealnymi dla pracujących pań przegrała bój o salony na długie lata).

Jeśli zechcemy, możemy się w filmie doszukiwać tego, na co od jakiegoś czasu zwraca uwagę część krytyków, tj. próby pokazania „dobrych” Niemców przez młode niemieckie kino, Niemców w roli ofiar jak inni, ofiar systemu i szaleństwa, które zawładnęło tą częścią Europy niemal sto lat temu. Ekspiacji za dramat wojny. Zwrócenia uwagi na konsekwencje, które ponieśli i oni sami. Ale nawet jeśli  taka próba stoi i za tym obrazem, jest dla mnie wyłącznie kolejną perspektywą spojrzenia na wojnę, która zawsze w finale okazuje się porażką dla każdej ze stron. Bez względu na to, o czym przekonuje nas jedyna i przez to wyłącznie właściwa propaganda władzy aktualnej w danym okresie.

Bardzo, bardzo polecam!

Tschuss!


Edit 1: dla polskiego widza dodatkowy smaczek: rodzina, w której życie wciąga nas reżyser Wortmann, nosi znajomo brzmiące nazwisko: Lubanski.

Edit 2: choć film jest kwalifikowany jako dramat sportowy, jak w życiu elementy komiczne przeplatają się z tragicznymi. To kolejny przykład bardzo sprawnie zrealizowanego niemieckiego filmu, który po prostu dobrze się ogląda.

Edit 3: niby drobiazg, a jednak kulturowo znaczący: Niemcy lat 50-ych to naród ludzi o białej skórze i taki obraz bardzo konsekwentnie utrzymany jest w filmie. W porównaniu z dzisiejszym tyglem kulturowym, ten widok Niemców składających się wyłącznie z Niemców plus inni Europejczycy – jest  u d e r z a j ą c y . 

Edit 4: uwaga: spoiler 🙂 Finałowy mecz mistrzostw 1954, nazwany z czasem właśnie „Cudem z Berna”, miał zostać wygrany dzięki… deszczowi. Ale w rzeczywistości nie bez wpływu okazała się technologia, czyli po prostu buty z kolcami, dostarczone niemieckiej drużynie przez Adiego (= Adolfa) Daslera (vide: adidas). O Adidasie (a później i Pumie), kolejnym niemieckim pomyśle sukcesie zrodzonym w latach dwudziestych XX wieku, napiszę osobno.

2 komentarze

  1. Dobrze mi się czytało tekst. Jestem zachęcony do obejrzenia filmu. Lubię filmy o sporcie, nawet jeśli łączy się z komercją. Dzięki

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *