French chic prosto ze szwedzkiej sieciówki

piątek, 8 listopada 2019/ 59 dzień życia w Niemczech

W każdym mieście świata pędzę do H&M. Tak, wiem, to pogardzana, wyszydzana, dezawuowana sieciówka, wielki szwedzki koncern szyjący w bangladeszach
i islamabadach. I jednocześnie cudny skandynawski pomysł na to, że moda może być dla wszystkich, egalitarna, za sensowne pieniądze i na czasie.

A odkąd zrozumiałam, że w każdym kraju H&M dostosowuje swoją ofertę do gustów kupujących, taka wizyta jest jak szybki kurs o społeczeństwie. Swoista biblia pauperum. Wiedza w obrazkach: manekiny, kupujący, stylizacje skomponowane tak, by jak najlepiej trafić w oczekiwania lokalnych klientów. Czyli tak wygląda ulica w tym mieście. Takich przechodniów spotkam.

Towar na półkach w zasadzie w każdym sklepie tej sieciówki jest taki sam. Ale wybrany z tego asortymentu wiodący pomysł na to, czego chcą klienci i na czym zawieszą oko – w pierwszych rzędach przy wejściu i na wystawach – to już zupełnie inna historia. Inna w Berlinie, inna w Warszawie, inna w Mediolanie, Barcelonie i – oczywiście – inna w Paryżu.

W Paryżu od samych drzwi wita Cię, Klientko, French chic. Grafitowe, szare, beżowe trencze i sweterki, karmelowe bliźniaki, białe bluzki koszulowe, klasyczne spodnie i spódnice. Króluje granat i sprawdzone fasony do noszenia przez lata. Czasem klasykę przełamuje wietrzyk (wietrzyk! nie wiatr) najnowszych trendów, ale to, co dziś trendem w Polsce i Niemczech (nadruk z wężowej skórki), w Paryżu jest już ledwo wspomnieniem. Spaceruję wśród wieszaków i chłonę to, jak dziewczyny z obsługi łączą pojedyncze sztuki w komplety jak z Pinteresta. I patrzę na panie o różnych kolorach skóry, które jak ja przeglądają, głaszczą, przykładają, kontemplują sklepowe bogactwo. H&M zdemokratyzowało paryskie wyrafinowanie odzieżowe. To modowe fraternite, egalite, liberte. Większość klientek już teraz, jeszcze przed zakupami, wygląda dokładnie tak, jak według wielu poradników powinny wyglądać paryżanki. Wiele z nich ma na głowach, oczywiście, uwaga! J, berety. Ach, berety, które nad Wisłą dorobiły się fatalnego moherowego przymiotnika, na ulicach Paryża wróciły do łask. Mienią się kolorami – nie bójmy się powiedzieć – tęczy, jest i fuksja, i chaber, i makowa czerwień, i naturalnie, klasyk, czerń. Berety nosimy tego roku w Paryżu trochę jak czapki, zsunięte na tył głowy, czasem nieco przekrzywione na lewo lub prawo w zależności od tego, który profil piękniejszy.

Te berety ma naturalnie i H&M razem z małymi pikowanymi torebuniami na łańcuszkach stylizowanymi na Chanel (to Madame jako pierwsza wprowadziła na rynek ten pomysł na pasek z metalu i skóry). Chcesz być jak z żurnala? Chcesz być French? Wpadnij do paryskiego H&M.

Zachodzę w głowę w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: co było pierwsze? Czy H&M oferuje tu klasykę, bo ubierają się tak Francuzki? A może, odkąd minęły dekady od zdefiniowania francuskiego szyku, H&M wystawia to, po co przyjeżdżają kobiety, by ubierać się jak Francuzki, a zatem i Francuzki ubierają się właśnie tak, bo wyszukanie czegoś spoza klatki French chic wymaga dużo samozaparcia (neonowe oranże pochowane pod ścianami, oversizowe bluzy wstydliwie tuż obok neonów,
T-shirty z nadrukiem w skąpej ilości pod ciemnymi schodami daleko od wejścia…)
No, co było pierwsze: jajko czy kura? Kura czy jajko?

Po wyjściu ze sklepu piję najlepszą kawę na świecie w jazz caffee przy Rue de Saint – Denis. Za oknem paryżanki i paryżanie w przytłumionym świetle późnego deszczowego poranka. A może nie paryżanie i nie paryżanki, a obleczeni w H&M-owe szatki turyści wystylizowani na paryskich mieszczan? Podciągam rękawy beżowego płaszcza, zakładam nogę na nogę w czarnych sztybletach, wciągam w nozdrza zapach francuskich  perfum z błękitnego szalika. Przekornie przekrzywiony beret odbija się w witrynie okna. French chic. Mon amour.

Tschuss!

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *