stracić głowę, czyli z Colą rzeczy ułożyłyby się lepiej

wtorek, 5 listopada 2019/ 56 dzień życia w Niemczech

Pamiętacie, jak we wpisie o bajkach pisałam o Europie XVII wieku? O nędzy? O społecznych sposobach na wyrwanie się z biedy? W kolejnym, XVIII wieku, ciśnienie społeczne tylko się podniosło. W ciągu stu lat (1700-1801) liczba ludności w krajach Starego Kontynentu powoli, ale konsekwentnie rosła.
Na przykład w przeddzień Rewolucji Francuskiej we Francji było o 10 milionów mieszkańców więcej niż pod koniec siedemnastego wieku. Bieda na wsi sprawiła, że ludzie przenosili się do miast, które zupełnie nie były na to przygotowane. Między miejskimi murami robiło się coraz ciaśniej i coraz biedniej, dla większości każdy dzień był walką o przetrwanie. Ponadto to właśnie w miastach łatwo było o porównanie do tych, którym się poszczęściło (królowie, arystokracja, zamożni mieszczanie), co sprawiało, że w powietrzu robiło się  gęsto od emocji. Królewska, dziś jakże anegdotyczna, rada o jedzeniu ciastek zamiast chleba okazała się prawdziwą iskrą. Detonacja w postaci rewolucji zmiotła feralną doradczynię, a z nią ustrój nie spełniający oczekiwań. 

Tak, dzisiaj będzie o królowej Marie Antoinette, a właściwie o wystawie, na którą kilka dni temu, podczas rocznicowego wypadu do Paryża, zabrał mnie Mąż.

Wystawa mieściła się w części starego zamku królewskiego i zajmowała jedną wielką salę. Nosiła tytuł obiecujący analizę zmian wizerunku królowej i początkowo zakładałam, że będzie wyłącznie o strojach.

Nie oceniajcie za szybko – historia ubioru jest złożona, uwarunkowana społecznie i technologicznie i bardzo, ale to bardzo kulturowo interesująca. A w przypadku Marii Antoniny jeszcze ciekawsza, ponieważ królowa była, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, trendsetterką i osobą o wyrafinowanym guście. Okazało się jednak, że stroje były tylko nikłą częścią opracowania. Reszta poświęcona była transformacji wizerunku Marii Antoniny w czasie i przestrzeni (czyli cały świat i aż do dzisiaj), a ta opowieść zwizualizowana była filmami, wywiadami, zdjęciami, rysunkami i rzeźbami. Spędziliśmy tam pięć fascynujących godzin.

Zaczyna się mocno, bo od śmierci Antoniny, i zrozumiałam ten początek dopiero w połowie wystawy. Przypomnijmy – Maria Antonina zostaje ścięta, a wcześniej odbywa się proces. I choć naprawdę od początku wynik tego procesu był wiadomy, zebrane w gablotach pergaminy z prowadzenia sprawy, notatki prawnika, akt oskarżenia i wreszcie wyrok pokazują, jak ważne były dla rewolucjonistów te pozory utrzymania fasad cywilizacji. Nie, że wpadają siepacze i szukają młodego carewicza. Nie. Forma ma znaczenie. Jest oskarżyciel. Jest obrońca. Niestety, w finale jest i kat, ale wystawa potwierdza, że to właśnie ta śmierć sprawia, że Maria Antoinette rodzi się na nowo. Już jako ikona. A dla rojalistów – niemal jako święta.

Ekspozycja to przegląd tego wszystkiego, co z Marią, a raczej jej wizerunkiem, robią kolejne epoki i technologia. Wraca jako wspomnienie (i benchmark!) w wieku XIX, gdy cesarzowa Eugenia wzoruje się na jej imagu. W wieku XX pojawia się jako temat wiodący w filmach kostiumowych. I jako bohaterka licznych książek. Stylizuje się na nią skandalistka Madonna. Suknie w stylu królowej projektuje John Galliano, naczelny projektant Diora, jeszcze na świeczniku, z którego chwilę później zdmuchną go własne rasistowskie wypowiedzi. Pojawiają się reklamy mniej lub bardziej dosłownie nawiązujące do epoki, do legendarnej rozwiązłości Antoniny i do jej dekapitacji. I wreszcie filmy współczesne, w których Maria jest jak jedna z nas, a przynajmniej tak wyobrażają to sobie Sophia Coppola i Benoît Jacquot. Prezentowane wywiady z reżyserami są jedną z ciekawszych części wystawy, a już opowieść kierowniczki planu odpowiedzialnej za scenografię daje naprawdę głęboki wgląd w proces przygotowań do tak złożonej produkcji jaką jest film kostiumowy z tej epoki. Bo przecież tylko część zdjęć nakręcono w Wersalu (znamienne: „Mogliśmy kręcić tylko w poniedziałki, gdy pałac był zamknięty dla zwiedzających. Większość zdjęć to plany kilku, kilkunastu innych pałaców z okolic Paryża”.)

To oswojenie Marii Antoniny, to jej przybliżenie do współczesnej kobiety, to robienie z niej dziewczyny z sąsiedztwa (the girl next door) jest dla mnie bardzo kuszące. Ach, kochała jak my kochamy. Cierpiała, jak my cierpimy. Wychowywała dzieci jak i my chcemy wychowywać. Ale jednocześnie myślę, że nie, to wszystko nieprawda. Maria Antonina już w Austrii została przygotowana do roli królowej. Przybyła na francuski dwór w czasach, gdy dzieci traktowano i ubierano jak miniaturowych dorosłych. Jeszcze było daleko do głębokiej analizy potrzeb małego człowieka i jego rozwoju. I choć w dniu, w którym po raz pierwszy przekroczyła progi Wersalu sama była – na dzisiejsze czasy- jak dziecko (miała 15 lat!), według tamtej miary była urzędnikiem gotowym do pełnienia funkcji. Tak, wiem, że jako jedna z pierwszych wyprosiła z pokoju tłumy obserwujących podczas własnego porodu. Tak, wiem, że stworzyła dzieciom miniaturową wioskę, gdzie zbierały owoce i wybierały kurom jajka. Ale była nieodrodnym tworem swoich czasów. Jej rolą nie było szukanie osobistego szczęścia i równowagi między pracą a rodziną, a rozumne prowadzenie kraju w kierunku największej możliwej prosperity. Tymczasem i jej, i jej mężowi zabrakło rozeznania i mądrych doradców, mieli tez trochę pecha, że przyszło im rządzić w ciekawych czasach. I oboje zapłacili za to głową. Dosłownie.

Na szczęście ta martyrologia nie rzuca się cieniem na wystawę. Jest trochę poważnie, trochę pieprznie, trochę do śmiechu. Dużo do myślenia. Polecam!  https://en.parisinfo.com/paris-show-exhibition/236713/marie-antoinette-metamorphose-of-an-image )

tu próbka tego, co znajdziecie na wystawie (jedna z moich ulubionych – i tylko jedna – by nie spoilerować): „Z Colą rzeczy ułożyłyby się lepiej”.


Tschuss!

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *