siła sióstr

20.11.2022

Moja kochana, moja najdroższa, moja jedyna Luizo!

Marzec w Berlinie potrafi być piękny, sama wiesz. Młode słońce wybudza wczesną zieleń, dźwiga wątłe źdźbła traw w górę, odbija się w kałużach, topnieją resztki śniegu i to wszystko migocze pod lazurem nieba. Ale bywają takie dni jak ten, po świetle poranka nie ma już śladu, zrobiło się szaro, szaro i buro, krople deszczu wpadają w brudny śnieg, rzeźbią w nim tysiące małych kanalików i wspólnie tworzą olbrzymie głębokie kałuże, w które z rozbryzgiem wpadają koła karet. Brunatna maź opryskuje przechodniów, szare spódnice panien służących stają się jeszcze ciemniejsze i jeszcze brudniejsze. Ich trzewiki utykają w brei, kobiety pochylają się, wyciągają stopy z błota, złorzeczą. Oglądam to wszystko zza pałacowego okna, w szkło uderza wiatr i mżawka, krople spływają po szybie. Nie, to nie krople, to moje łzy, kap, kap, suną szybkie jak czas, a w tym czasie ja, złapana jak bucik służącej, w zastygającej mazi codzienności.

W pałacowych komnatach ciepło i sucho, choć niezbyt przytulnie. Zamek jest centralnym miejscem Berlina, widzę z niego długą, szeroką Unten den Linden i ciągi sklepów w miejscu dawnej Bramy Królewskiej. Jakie tam mrowie ludzi. Co za ruch! Mój Boże, jak ja zazdroszczę tym zabieganym służącym! Mają cel i mają pewnie kochający dom, i mężów, którzy wyciągają do nich spracowane dłonie.

Ty wiesz, najdroższa Luizo, że ja już umiem nieść swój królewski los pełen hańby. Uczyłam się tego wiele lat, z pokorą znosząc to, co dał mi Bóg. A dał mi męża o nieprzeciętnym umyśle, stratega, prawdziwą opatrzność dla Prus. I jednocześnie człowieka, który nigdy nie chciał, bym została jego żoną. Tylko on sam wie, czy w ogóle chciał, by ktokolwiek kiedykolwiek jakąkolwiek jego żoną mógł być. Chodzi mi po głowie ten Kette odkąd się dowiedziałam, jak to wyglądało. Szepczą do dziś po kątach pałacu, a co szepczą po tym całym Sanssouci, to nawet nie wiem, bom nigdy tam nie była.
Widziałam to cacko jedynie z okien powozu, przejazdem i w pośpiechu, w czasie ewakuacji przed rosyjską armią (wciąż te ewakuacje i ewakuacje, sama wiesz, bo w Twoim Magdeburgu spędzam ostatnio więcej czasu niż w Berlinie). Jak nie Austriacy, to Rosjanie, rządzi się potem ta hołota w moim pałacu, a ja nieustająco na kufrach w tę i z powrotem. Wdzięczna Ci jestem niesłychanie za Twoją gościnę i cierpliwość. Co użyłyśmy, cośmy się naśmiały, nabawiły, nagadały – to nasze. Nic więcej od losu nie oczekuję, biorę, co mi Bóg w swej łaskawości oferuje, czasem tylko serce ściska żal, zwłaszcza gdy widzę dzieci na Twoim dworze… Mogło być przecież tak inaczej…
Moje życie zostało pozbawione łaski macierzyństwa. A może pozbawił mnie go on, wiesz, filozof z Sanssouci. Wielu się zastanawia, przecież wiem, z niemocy czy z niechęci. Mówił potem temu i owemu, że narzekać nie mogę, bo się kochamy, ja jestem ładna i nie rozumie, dlaczego nie mamy dzieci. A ja Ci powiem, droga Louise, od samego gadania się dzieci nie biorą. Pamiętam ten pierwszy wieczór po ślubie, gdy cały spięty, młody, szczupły, taki wrażliwy, chodził po moim pokoju i rozprawiał. Ach, jak ja go wtedy podziwiałam! Wodziłam za nim oczami w te, i we wte, w rytm jego kroków, które ani przez moment się nie zatrzymały. I ani przez moment nie skierowały w moją stronę.

Więc trudno, kochana Louise, żeby były dzieci. One się z powietrza nie biorą, ani ze słów. Do tego potrzebna jest bliskość i to taka, która burzy krew. Mam już swoje lata i choć przez cały, cały ten czas dochowałam Fryderykowi wierności, mogę sobie wyobrazić, jak to jest. Jak to może być.
Przecież nie jestem ślepa. Bóg obdarował mnie urodą. Byłam swego czasu najgorętszą partią Europy! Widziałam spojrzenia mężczyzn, ich czuły dotyk niemal czułam na wargach lub płoszyłam, gdy sprawnie zsuwały się w dół, wzdłuż mojej białej szyi po niewiele zasłaniające obramowanie dekoltu…
Może gdyby mój los był inny, gdybym była żoną innego, to płakałabym dziś z powodu jakiejś młodszej lub piękniejszej kochanki. Ale nie. Ja właściwie nie mam konkurencji. To chyba nawet gorzej. Nie wiem, z kim przegrywam. Nie wiem, jak przegrałam. Wiem tylko, że płynie czas, a ja zasuszam się w tych komnatach, w tym berlińskim powietrzu, sina z bezsilności, gdy mąż i król nie zaprasza mnie na uroczystości, na których zgodnie z protokołem powinnam być!

I jeszcze ten wczorajszy wieczór, Louise! Nie wieczór, a koszmar. Przez tę przeklętą wojnę nie widziałam Fryderyka siedem lat! A siedem lat to nawet jak na charakter naszego małżeństwa całkiem długi okres. Pomyślałam, nierozsądna!, że po to zezwolił na mój jak najszybszy powrót do miasta, by może, o, ja głupia!, mnie zobaczyć!
Więc, Louise, dużo czasu poświęciłam, by wyglądać jak królowa, z której może być dumny. Pamiętasz tę sukienkę, w której malował mnie Antoine? Wyglądałam w niej wyjątkowo, więc założyłam bardzo podobną. Miała sporo niebieskiego, malowany jedwab, który pięknie podkreślał moje oczy. Pani Voss pomogła mi związać gorset, niezbyt mocno, bo bałam się, że z nadmiaru wzruszeń zemdleję. Spod rękawów wyłaniały się krańce delikatnych koronek i uroczo trzepotały przy każdym ruchu. Ciągle jeszcze mam tak białą karnację, że kolor koszuli zlewa się w jedno z barwą przedramion i gra półcieniami z błękitem żył. Ta błękitna jasność przechodzi w dłonie, spływa pod moimi ukochanymi perłowymi bransoletami, na każdym nadgarstku po kilka, ich charakterystyczny miękki stukot tylko dopełnia wrażenia anielskiej perfekcji. Uwierz mi – wszystko było idealne, kolor pereł, kolor skóry, kolor pudru na włosach i moje karminowe policzki. Ja wiem, że jak się ma czterdzieści osiem lat, to trudno, by róż był ten sam co dwie dekady wcześniej, ale naprawdę, moja kochana, patrzyłam w lustro i byłam niezwykle kontenta.
Do czasu.
Bo gdy taka piękna uspokoiłam tętent, nawet nie tętno, a tętent tysiąca uderzeń krwi w skroniach i pod tymi perłami, gdy dygnęłam w ukłonie na widok jego postaci, gdy drgnęłam mimowolnie, patrząc, jak się zgarbił, jak poszarzał, jak go te wojny zmieniły, on przeszedł mimo.
Przeszedł, przywitał braci, panów dyplomatów i zebranych gości.
A mnie, mnie przechodząc tylko obrzucił spojrzeniem.
I powiedział jedno zdanie. Że madame taka tęga.

Moja poniewierka, moje upokorzenie, moja rozpacz nie mają granic i nie mają końca, droga Louise.
Nie wiem, jak wróciłam do siebie.
Jak pani Voss pomogła mi z ubraniem, które zdzierałam wstrząsana spazmami, krzycząc i płacząc na przemian, też nie wiem. Zerwałam perły, potoczyły się ze stukiem na podłogę, pani Voss rzuciła się zbierać, zabroniłam i wypchnęłam ją za drzwi. A potem rzuciłam się we łzach na łóżko, moje białe włosy mieszają się z pudrem, łzy z karminem, konam z wyczerpania, z rozedrgania, ale spać nie mogę, już nic nie mogę.
Płyną łzy jak krople po szybie, spływają po dekolcie, znaczą ścieżki na przypudrowanej skórze. Ach, gdybyż mnie ktoś tak obsypał pocałunkami lub palcem ciepłej dłoni tak wodził po szyi… Ale nie, mnie pisany tylko chłód pereł, chłód korony, chłód męża, a wkrótce pewnie chłód krypty, bo po cóż tak żyć? To już lepiej nie żyć wcale.

Twoja Elżbieta


Powyższy list nigdy nie wyszedł spod pióra Elżbiety Krystyny. To moja fantazja, jak mogła wyglądać relacja między siostrami, które poślubiwszy dwóch braci, obie doznały wielkiego rozczarowania. Podczas gdy uczuciową porażkę Elżbiety rekompensowały splendory królewskiego dworu (klik), Luizie Amelii przypadła bardziej prozaiczna, choć równie gorzka rola żony zdradzonej z młodszą, bardzo rezolutną damą dworu królowej, panną Sophie Marie. Sophie po wyjściu za mąż przyjmie nazwisko Voss, będzie żyła niezwykle długo i bardzo świadomie, stając się z czasem albo ważnym świadkiem, albo uczestnikiem wydarzeń wpływających na bieg historii. Co więcej, lekkim piórem spisze to wszystko w rozchwytywanych później pamiętnikach (tak, tak, to właśnie pani Voss uczyła Luizę Pruską obycia na berlińskim dworze, dobrze Państwo pamiętają – klik). 

Marie Sophie von Voss oczami Pesnego. Inteligentna i ładna, nic dziwnego, że princ August William, drugi w kolejce do tronu, szaleńczo się w niej zakochał. Skandal wisiał w powietrzu, bo żonaty przecież August w widoczny sposób tracił nie tylko głowę, ale i panowanie nad sobą, i robił Sophie publiczne sceny zazdrości. Gdy dwudziestolatek poprosił brata króla o rozwód (by ożenić się z damą dworu), zadziałano w sprawdzony sposób i szybciutko wydano Sophie za krewnego, hrabiego Vossa. Z rozpaczy August Wiliam zemdlał w czasie tego ślubu.


Oczywiście ocenę, na ile mój list oddaje temperament i emocje królowej, pozostawiam Państwu. Proszę pamiętać, że świat nie był wówczas taki, jakim zwykliśmy go oceniać z perspektywy wyemancypowanego XXI wieku, a sama królowa, niezwykle pobożna i oddana swojej roli, nigdy publicznie nie oczerniła męża.

Tschüss!

Jeśli czytasz mojego bloga, możesz zamówić także moją książkę i wkrótce cieszyć się zapachem druku i szelestem kartek.

Zamów książkę →

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.