przytyło się pani, madame

05.11.2022

Elżbieta Krystyna w wieku czterdziestu lat widziana oczami Antoine’a Pesnego, jednego z najważniejszych artystów okresu rokoka Fryderyka Wielkiego.

Ślicznotka na zdjęciu była jednym z powodów pozornego uspokojenia relacji między Fryderykiem Wilhelmem i jego synem, przyszłym Fryderykiem Wielkim. Przy czym słówko pozorny ma w tym wypadku olbrzymie znaczenie. Przypomnę, że młodzieńczy bunt, w tym próba ucieczki Fryderyka spod władzy ojca (pisałam o tym tutaj: klik) wynikała z odmienności pomysłów na życie i charakterów. Zakończona tragiczną śmiercią najbliższego przyjaciela, zmieniła się w koszmar, od którego następca tronu już nigdy nie miał się uwolnić.

Ślub z Elżbietą Krystyną był kolejnym upokorzeniem, jednym z wielu, którymi od najmłodszych lat karmił chłopaka ojciec. Krew po ścięciu Kattego jeszcze nie zdążyła wsiąknąć w ziemię, gdy obwieszczono zrękowiny młodej pary. A w roku 1733 odbył się ślub, na którym pan młody odegrał podwójną główną rolę: małżonka w prawdziwym życiu i aktora na scenie, z fletem i orkiestrą dworską. Niestety, z rolą męża zupełnie mu nie wyszło. Elżbieta Krystyna przeżyła zdziwaczałego Fryca o jedenaście lat, pod koniec życia króla właściwie w pełni przejmując jego obowiązki reprezentacyjne. Co nie ustrzegło jej przed pasmem mniejszych i większych zniewag przeplatanych okruchami monarszej litości, gdy Fryderyk przypominał sobie, że ma żonę.

Niedobrze było od samego początku. Po pierwsze Elżbieta Krystyna reprezentowała kandydatkę z rozdania proaustriackiego, któremu sprzyjał jej przyszły teść. Pan młody wraz z matką optowali za Brytyjczykami. Siła (ojcowskich argumentów) sprawiła, że na ołtarzu Fryc stanął z Elżbietą.

Po drugie, cóż z tego, że panna była śliczna, gdy jej naiwność i prostota zupełnie nie korespondowały z wysublimowanym filozofującym umysłem przyszłego króla. Wdzięki kobiecej postaci udanie podkreślone francuską modą, szczupła kibić wyprofilowana gorsetem, szerokie fiszbinowe spódnice, obłędny dekolt i pięknie wycięte usta nie rekompensowały braku poczucia humoru. Czy miały jakiekolwiek szanse, by spodobać się mężczyźnie, którego dzisiaj historycy skłonni są uważać za homoseksualnego, to zupełnie inna sprawa.

I ponownie Elżbieta pędzla Pesnego, tu jeszcze na rok przed objęciem tronu przez Fryderyka. Zwróćcie uwagę na charakterystyczne dla epoki upudrowane włosy, twarz i dekolt oraz ubarwione policzki. Te makijażowe triki miały upodabniać kobiety do popularnych w owym czasie porcelanowych figurek w idyllicznych scenach pełnych flirtujących pasterzy i pasterek. Choć Fryderyk nie oferował Elżbiecie uczuć jak spod jawora, obdarowywał ją drogą biżuterią. Pesne ładnie wyeksponował klejnoty na płótnie: modne wówczas bransoletki z pereł i kolaretę ciasno zawiązaną na szyi.

Po trzecie, z wszystkich wymienionych wyżej powodów (a być może z wielu niewymienionych także), Fryderyk bardzo szybko odseparował się od żony pozostawiając ją w wielkim i reprezentacyjnym pałacu miejskim Berlina. Najpierw prowadził wojny i siłą rzeczy nie mógł bywać w domu. A potem zamieszkał w Sanssouci, nad żoniną tęsknotę przedkładając męskie towarzystwo Voltaire’ów, muzyków i malarzy*. Nie dziwi zatem, że para pozostała bezpłodna.

Znudzony prostolinijnością małżonki, doceniał jednak jej niespotykaną lojalność i grzeczność, a także sumienność w pełnieniu obowiązków królowej. Przejawiał monarszą troskę, gdy zachorowała i wysyłał własnych medyków, by odpowiednio dbali o zdrowie osoby – jak pisał „najdroższej i najbardziej potrzebnej dla państwa, dla biednych i dla mnie”.

Do smutnych anegdot należy poniższa, opowiadana przez lokalnych przewodników:
w połowie stulecia, po miesiącach pobytu poza Berlinem spowodowanych wojną siedmioletnią i regularnymi ucieczkami z miasta przed plądrującymi je kolejno armiami Austriaków i Rosjan, król oficjalnie pozwala żonie wrócić do stolicy. Królowa błyskawicznie zjeżdża do Berlina uroczyście witana przez obywateli i szlachtę. Małżonkowie spotykają się po raz pierwszy po niemal siedmiu latach. Król wita się z braćmi i zebranymi dyplomatami, rzuca okiem w stronę Elżbiety Krystyny i ma dla niej tylko jedno zdanie:
„Przytyło się pani, madame”.

**

W testamencie Fryderyk zabezpiecza standard życia królowej, która okazuje się cenioną ciotką dla króla – następcy. Przez ponad dekadę wdowa mieszka w pałacu miejskim, do dyspozycji mając, jak dawniej, posiadłość letnią. Udziela się publicznie. Zanim umrze, jej starość zmącą dwa wstrząsy. Jeden to strata ukochanej siostry, z którą przez całe życie dzieliła los niekochanej żony. Drugi to zawierucha rewolucji francuskiej i dekapitacja Marii Antoniny, siostrzenicy (klik). Końca rewolucji Elżbieta już nie doczeka, nie doczeka też ery Bonapartego, z którym zmagać się będą kolejni pruscy królowie i królowe, nawet te bardzo kochane przez swoich mężów. Ale to już zupełnie inna historia**.

Tschüss!

*rokokowe Sanssouci, zamknięte nie tylko przed Elżbietą, ale i przed innymi kobietami, królowa zobaczyła tylko raz, przejazdem, w czasie ucieczki przed wojskami rosyjskimi.

**mowa oczywiście o królowej Luizie, o której pisałam tu (klik) i tu (klik). I tu też (klik).

Jeśli czytasz mojego bloga, możesz zamówić także moją książkę i wkrótce cieszyć się zapachem druku i szelestem kartek.

Zamów książkę →

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.