Weisse Elster


wtorek, 15 października 2019/ 38 dzień życia w Niemczech

Ilekroć jedziemy tych osiemset kilometrów z Poznania do Frankfurtu i wjeżdżamy w okolice Lipska, natychmiast myślę o księciu Poniatowskim. Co zrobić. Wszystko przez babcię Irenkę.

No tak, wszystko przez babcię, która przez całe życie na hasło: Lipsk natychmiast mówiła: książę Poniatowski. Tak działała romantyczno-historyczna propaganda z początków dwudziestego wieku, gdy odżyły idee niepodległościowe, babcię uczono w szkole historii i patriotyzmu, a książę Poniatowski doskonale nadawał się na egzemplum owych wyzwoleńczych, straceńczych sił, jakże polskich w swym dramatyzmie i nieliczeniu się z realiami. Cała babcia.  Pokolenie Kolumbów.

Inna rzecz, że ten kawałek trasy, jakieś 50 kilometrów przed i za Lipskiem, od wschodu i zachodu, z której strony nie spojrzeć, jest beznadziejnie nudny i płaski. Gigantyczne wiatraki leniwie mielą powietrze gargantuicznymi skrzydłami. A wszystko w przestrzeni o urozmaiceniu kuchennego blatu. Beznadzieja. I wtedy, ale to zawsze wtedy, zwłaszcza przy moście na Białej Elsterze (Weisse Elster), przychodzi mi w sukurs książę Poniatowski.

Zainteresowanych odsyłam do biografii księcia, bogatej, momentami hulaszczej, bardzo wojskowej, pełnej pięknych kobiet i błyskotliwych szarży. Poliglota (z królem i stryjem Stanisławem Augustem pisywał po francusku, z parą pruskich monarchów rozmawiał po niemiecku, w Polsce mówił po polsku), przystojniak, od dziecka uczony wojskowości, do której miał mieć naturalne predyspozycje. Jego życie wypełnione militarnymi sukcesami potwierdzi, jak dobrze oceniono ten potencjał. Wychowywany na dworach Europy do końca życia utrzyma doskonałe stosunki z luminarzami swoich czasów, co nie przeszkodzi mu w dogadywaniu się z szeregowymi żołnierzami. To od nich otrzyma specjalnie odlany medal z podziękowaniem za to, kim i jaki był. A jego matka list z gratulacjami za to, jakiego syna dała światu.

Patrzę na portrety księcia i widzę czarne inteligentne i czujne oczy, smukłą sylwetkę, delikatny uśmiech. Wygląda jak ktoś, kto potrafi żyć, potrafi każdy dzień chwytać pełnym garściami i oddychać pełną piersią.

Ach, Poniatowski był bezsprzecznie celebrytą swoich czasów. Na wielu obrazach widać go na polu walki, najczęściej na koniu spiętym do skoku. Koń za każdym razem piękny, smukły, najczęściej arab, drogi i luksusowy jak dzisiejsze majbachy, długa grzywa, szlachetne chrapy rozdęte od tego samego powietrza, którym zachłystywał się książę. Życie, życie wciągane jak heroina, do bólu w pęcherzykach płuc.

Książę Józef Poniatowski pod Lipskiem. Moment tuż przed skokiem w fale Elstery.
Tak widział to January Suchodolski (obraz powstał przed rokiem 1830).

Mnóstwo razy prawie ginął na polach bitew. Tak miał. Taka praca, powiecie. Był żołnierzem. No i czasy do ginięcia jak wymarzone – początek XIX wieku, Napoleon, Dąbrowski, Kościuszko, Murat, rozbiory, czerwona od krwi rewolucja francuska, wielkie bitwy przesuwające granice państw, zdmuchujące kraje i narody z map. Zmora uczniów dzisiaj. Trudne nazwy miast i rzek, pasm gór i nizin, Europa wielką szachownicą. Kolejne daty. Szach i mat. Jest Polska, nie ma Polski. Albo jest trochę Polski.

W tym wszystkim hrabia Poniatowski na spienionym rumaku. Jego ulubiony moment – duch bitwy gaśnie, szala zwycięstwa przechyla się na stronę wroga, zgiełk, wrzask, jęki, dym, ogień, a w tym wszystkim oczy wiernych żołnierzy utkwione tylko w nim. Wtedy spina konia i rzuca się w największy wir walki. Straceńczo. Wszystko na jedną kartę.Zwycięstwo lub przegrana. Brak szarości. Biel lub czerń. Dobro lub zło. In or out. Żadnych światłocieni.

I wtedy nagła siła porywa jego żołnierzy. Wykończeni wracają do sił. Wątpiący odrzucają wątpliwości. Pytający pytania. Zlęknieni strach. Wszystko wraca do super normy. Duch walki wypełnia setki głów i tysiące serc. Z gardeł podnosi się gromkie hurrrraa. Żołnierze ruszają do przodu. Zwycięstwo jest tylko kwestią czasu.

Ten moment, ta chwila, to mgnienie, musiało być mocne jak jakieś nieziemskie zioło. Adrenalina. Endorfiny. Odlot.

Płacił za to najczęściej poważnymi kontuzjami. Połamany.  Przygnieciony przez konia. Raniony od pocisków. Postrzelony. I wreszcie, tak, właśnie tak zginie. Rzuci się jak szalony, w spienione fale Białej Elstery, najpierw padnie koń, potem padną strzały, o ironio, ze strony sojuszników, którzy w zamęcie bitwy nie dostrzegą, do kogo mierzą. Zginie też oddany Blechamp, próbujący pomóc ukochanemu dowódcy.

Wszędzie woda. Pęcherzyki powietrza w szarym odmęcie brudnej wody. Promienie październikowego  słońca pasmami podświetlają wirujący w toni pył. Ból znika. Ciało bezwładnieje. Już tylko ulga. Rzeka bez pospiechu układa generała na piaszczystym katafalku dna. W wielkiej ciszy spływają w dół  stopy, potem kolana, piersi i ramiona. Głowa opada ostatnia, posiwiałe włosy falują nad otwartymi oczami żołnierza. Rąbek peleryny zsuwa się po skroniach jak ostatnia pieszczota Henrietty.

To koniec.

Koniec.


I jeszcze jedno.  Nieco ponad dwadzieścia lat wcześniej, w początkach swej dynamicznej wojskowej kariery, w Serbii, Poniatowski ratuje życie młodemu koledze, księciu Karolowi Filipowi Schwarzenbergowi.

Zgadnijcie, kto wygrywa tę bitwę pod Lipskiem.


Tschuss!

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *