bo to zła kobieta była

13.07.2022

Wyspa Sylt

Z tego, że ta zima będzie niełatwa, zdają sobie sprawę chyba wszyscy, choć prawdopodobnie nie wszyscy rozumieją to tak samo. Tym z Państwa, którzy rzadziej słuchają wiadomości z drugiej strony granicy podpowiem, że rządowa narracja o zaciskaniu zębów i/lub pasa, brzmi podobnie. Cudów nie ma, choć pewnie przydałby się jakiś. W Rumunii modlą się o taki z nadzieją na deszcz, który odżegna suszę. W Polsce pozwolono zbierać chrust, a ja drżę, by definicja chrustu nie napęczniała od nadinterpretacji, bo stracimy w ten sposób drzewostan, któremu i tak nie służą zmiany klimatyczne. A którego potrzebujemy, by ich dalej nie napędzać.

W Niemczech rząd prowadzi negocjacje, by ustawowo obniżyć poziom gwarantowanego ciepła w mieszkaniach. W tym ordoliberalnym kraju regulacje sięgają aż tak daleko. Bundestag przygotowując się do ciężkich czasów i reglamentacji energii, nie może przecież łamać własnego prawa. Dlatego Niemcy Niemcom mogą obniżyć minimalną temperaturę w lokalach wyłącznie po zmienionym ustawowo zapisie.

Właściciele domów przygotowują się na własną rękę. Sąsiadka z szeregowca obok zaopatrzyła się w drewno na przynajmniej dwie takie zimy. I nie był to chrust, tylko olbrzymie pniaki, które starsza krucha pani jeden po drugim woziła na taczce do garażu.

W poszukiwaniu alternatywnych źródeł energii chwilowo wstrzymano zamykanie pozostałych przy życiu kopalni węglowych, a kwestia jądrówek regularnie wraca jako temat dyskusji. Jeszcze kilka dni temu rządzący konsekwentnie realizowali plan wyciszenia elektrowni atomowych, co tym, którzy znają się na rynku energii i mają cień rozeznania w niemieckim sposobie myślenia, może zjeżyć włosy na głowie. Bo bardzo skrótowo rzecz ujmując, oznaczałoby to, że berliński rząd ma wielką nadzieję na szybkie wyciszenie wojny na Ukrainie. I  na ponowny dostęp do rosyjskiej energii. Może już nie w formie business as usual, bo zbyt drastycznie Rosja odbiła od wizerunku, jaki miała w zachodnioeuropejskich oczach, ale jednak jakiś business.

W rzeczywistości dla Niemców jest nie do pojęcia, że można było tak bez sensu zepsuć tę rozkręconą machinę fenomenalnej współpracy. Współpracy, w której bogate rosyjskie złoża (przecież nie chodzi tylko o gaz), położone w logistycznie przystępnej odległości i w takiej dobrej cenie, złoża, których potrzebuje świetnie naoliwiony niemiecki przemysł oparty na równie świetnie skonstruowanych maszynach Siemensów i Boschów, nagle przestają być dostępne. Z powodu szaleństwa. Z powodu wojny. Wierzcie lub nie, moim zdaniem pierwszą reakcją na ten konflikt było, delikatnie mówiąc, niedowierzanie. I irytacja. Której zresztą nie udało się ukryć Scholzowi, bo w jego przypadku miała ona jeszcze drugie dno. Czyli pierwsze miesiące urzędowania przy kanclerskim biurku. To samo w sobie nie jest łatwe plus opisane okoliczności, co w efekcie daje koszmar debiutanta.

A propos koszmar. Gdy ceny prądu idą w górę, podobnie jak ceny jedzenia, a szarym ludziom zaleca się oszczędne zużywanie ciepłej wody, na niemieckiej wyspie bogaczy Sylt, w pięciogwiazdkowym hotelu spa, z szampanem, truflami i ostrygami, przez trzy dni i noce bawili się goście na weselu aktualnego ministra finansów, Christiana Lindnera*. Było jak w bajce, sto czterdzieści osób, panna młoda wyglądała zjawiskowo (to już druga żona ministra), dookoła tylko jasne plaże Morza Północnego i snajperzy, bo trzeba było chronić politycznych gości. Ta ochrona opłacana była oczywiście z podatków niemieckich obywateli, tych samych, którym pan  Lindner niewiele wcześniej dość arogancko sugerował, że by zapobiec wysokim rachunkom powinni brać krótsze prysznice. I mniej grzać.  

Przypomina mi to innego europejskiego polityka, który żegna się ze stanowiskiem między innymi z powodu imprez na Downing Street. Hucznych zabaw w czasie pandemicznych locków, gdy pozostali byli surowo karani za jakiekolwiek objawy wspólnego życia społecznego. Pamiętam jak przez mgłę stwierdzenie, że to nie sam Johnson te imprezy organizował, tylko jego żona. I jak nawet sama ciasteczka piekła, by gości odpowiednio przyjąć.

Czekam zatem na niemiecką analogię. W końcu żona na tym trzydniowym weselichu też była. Czyli to nie Lindner winien, tylko ona. Jak nic. Ona i Putin.
Bo plan był naprawdę dobry, więc jak mógł nie wyjść?
A plan to w Niemczech, wiadomo, podstawa.
To co zawiodło?


Tschüss!



*Christian Lindner jest w ogóle, hmmm, nietuzinkową postacią, zachęcam Państwa do przyjrzenia się jego politycznej karierze. Wiele z postulowanych przez niego gospodarczych rozwiązań ma się nijak do oficjalnej ekopolityki Niemiec, ale w wielu przypadkach trudno odmówić mu racji/zwykłego rozsądku. Jest zagorzałym przeciwnikiem podnoszenia podatków, mocno stawia na biznes i przestrzega przed osamotnieniem Niemiec w ich roli moralnego strażnika klimatu. Popiera prozielone rozwiązania, ale wyraźnie mierzy zamiary na dostępne siły. Jako politykowi zdarzają mu się publiczne wybuchy złości, ma też na koncie nieakceptowalne tutaj wystąpienia o podtekście seksistowskim. Sama jestem ciekawa, co się z nim dalej wydarzy…

Jeśli czytasz mojego bloga, możesz zamówić także moją książkę i wkrótce cieszyć się zapachem druku i szelestem kartek.

Zamów książkę →

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.