Frankfurt Filipa

piątek, 21.08.2020/Niemcy

Jeśli wybieracie się do Frankfurtu nad Menem (lub mieszkacie w nim) i szukacie książki, która przybliży Wam klimat tego miasta – koniecznie zajrzyjcie do „Filipa” Tyrmanda. Są przynajmniej cztery powody, aby to zrobić i tylko jeden, by zrezygnować, bardzo subiektywny zresztą. Wszystkie zebrałam poniżej. Zapraszam!

Miasto, którego nie ma
Lata 40-te, trwa wojna, Filip ma dwadzieścia trzy lata i zna Frankfurt od podszewki. Pracuje jako kelner w jednym z najlepszych hoteli w mieście, spotyka się z przyjaciółmi po kawiarniach i barach, z czasem wynajmuje mieszkanie w części Starego Miasta. Sporo czasu spędza w okolicach Dworca Głównego i nad Menem. W owym czasie Frankfurt ma ponad pół miliona mieszkańców, co czyni go jednym z największych miast Niemiec, i jedną z najpiękniejszych średniowiecznych starówek w Europie. Ma też, zupełnie zresztą nieodnotowaną przez Tyrmanda (sic!), podziwianą na całym świecie, niezwykle konsekwentnie zrealizowaną w przestrzeni architektonicznej miasta ideę Nowego Frankfurtu (Neues Frankfurt), modernistycznych rozwiązań mieszkalnych obejmujących urbanistykę w wielkiej skali (ale i detale poszczególnych budynków), sygnowanych nazwiskiem Ernsta Maya i skupionego wokół niego zespołu projektantów. Nowy Frankfurt to miasto, które dzięki nowoczesnym  technologiom (żelbeton, lekkie stopy metali) i świeżej, modnej w całej Europie idei budowania tanio, szybko i z powtarzalnych elementów, staje się przyjazne mieszkańcom w niespotykany wcześniej sposób.

Barokowa Hauptwache – jeden z niewielu zrekonstruowanych po wojnie historycznych budynków miasta. To jedno z tych miejsc spotkań Filipa z Hellą, które możemy odwiedzić i my.
Poniżej fragment książki, nadal aktualny:
„Warta Główna była małym osiemnastowiecznym budyneczkiem koloru wyblakłej terakoty, dawnym odwachem czy kordegardą, zamienioną na kawiarnię. Stała w samym środku Frankfurtu, na placu o tej samej nazwie, bardzo o tej porze ożywionym. Tłum po pracy wyglądał ciągle jeszcze dostatnio i wesoło, plac wibrował ludźmi: żołnierze, dziewczęta, panie domu, cudzoziemscy robotnicy, policjanci, urzędnicy, oficerowie i naiwni klienci wielkich domów towarowych na Zeil (…) tłoczyli się we wszystkich kierunkach.”

Tych kilkanaście lipcowych dni, w czasie których razem z Filipem wędrujemy po mieście, to przedwojenna metropolia pełna rozgrzanych upałem ulic, domów rzucających cień, zmurszałych murów starówki i Menu z jego kąpieliskami. Świat, który do tej pory opierał się wojennym zawirowaniom Europy i jej konfliktom, w tym nawet 1 W. Ś.. Dopiero alianckie naloty dosłownie zdmuchną Frankfurt z powierzchni ziemi. Pozostałe gruzy decyzją władz nie zostaną odtworzone. Powojenna droga Frankfurtu jest skrajnie odmienna od tej, którą poszła rekonstruująca się Norymberga*. Nad Menem zdecydowano odwrotnie. Historyczna tkanka miasta została odbudowana w znikomym procencie, w większości na zgliszczach powstało zupełnie nowe miasto, uwzględniające rosnący ruch samochodowy, z szerokimi arteriami ułatwiającymi komunikację**.  Logistycznie procentuje to do dziś. Turystycznie – troszkę nuda.

To zdjęcie ładnie ilustruje proporcje starego i nowego w dzisiejszym Frankfurcie.

Wojna na sucho
Ten termin ukuła w czasie pandemii Manuela Gretkowska i utkwił w mej pamięci na dobre. Jak dla mnie idealnie oddawał istotę lockdownu i pandemicznych zmagań miliardów globalnych cywilów. A że właśnie wtedy czytałam „Filipa”, analogie narzuciły się same. Tyrmand opisuje miasto w czasie wojny, ale ta wojna, choć obecna, jest w pewien sposób teoretyczna. Miasto próbuje żyć swoim życiem wielkiej metropolii. Działają restauracje i hotele, ludzie kochają się, rodzą i umierają, chodzi się na zakupy i wynajmuje mieszkania. Standard życia znacząco się obniżył, w oficjalnym obrocie krążą kartki, które uprawniają do zakupu wydzielonych i marnej jakości ilości tłuszczu, mąki czy mleka, ale istnieje też naturalnie czarny rynek, na którym  wybrani/obrotni/zamożni raczą się najlepszymi reńskimi winami i mają dostęp do dobrych papierosów. Reszta jest jak garnitury z trawy i wystawowa szynka z drewna pomalowanego na różowo – ersatzem, utrzymującym iluzję normalności.

Równi i równiejsi
To jedna z najciekawszych perspektyw tej książki. Społeczeństwo. Niesamowita mieszanina ludzi zewsząd, uciekinierów i prześladowców, nazistów i nienazistów, frankfurtczyków i Włochów, Polaków i Francuzów, robotników i inteligentów, którzy codziennie dają świadectwo. Porządni pozostają porządnymi, choć czasy porządności nie sprzyjają. Cwaniacy dają radę, choć cena za bycie cwaniakiem, gdy powinie się noga i trafi się w ręce gestapo, jest bardzo wysoka. Życie, zwłaszcza to cudzoziemskie, ma niewielką wartość dla systemu. Restauracje pełne są członków partii jeszcze wierzących w zwycięstwo i takich, którzy pod odznaką partyjną noszą w sercach zwątpienie pełne wstydu.

Jest jeszcze świat niemieckich kobiet pozostawionych bez mężów i narzeczonych walczących na froncie. W międzynarodowym Frankfurcie pełnym innych mężczyzn, wierność stanowi rzadką cnotę. Czas przepustki bywa dla żołnierzy czasem gorzkiej prawdy i lekcją o prywatnych poświęceniach dla führerowskiej ojczyzny. W zwykłym życiu, bez wybuchających granatów i defilad, wielkie ideały weryfikuje poziom łóżka.

I jeszcze, niezapomniana scena ślubu córki partyjniaka. Nie spoileruję, a polecam. Orwell miał rację. Zwróćcie też uwagę na epizod z białą muszką.

Powód czwarty
… jest banalnie prosty. Rok 2020 został ogłoszony Rokiem Tyrmanda.

Nie lubię Filipa
Dzisiejsze instrukcje dla przyszłych powieściopisarzy mówią, że najlepiej tak skonstruować bohatera, by dało się go lubić. A lubienie wynika ze znajdowania podobieństw. Ma być jak każdy z nas. Normalny. To znaczy po ludzku ułomny. Talent Tyrmanda już ponad pół wieku temu pozwolił skonstruować Filipa właśnie w ten sposób. Nie jest doskonały. Nawet, jak dla mnie, zbyt niedoskonały. Rozedrgany, pseudoironiczny, w ostatniej części nawet kordianowski, a przecież jednocześnie cwaniaczkowaty do samego końca. W tym wszystkim zaskakująco spójny. Być może pokoleniu Tyrmanda właśnie taki Filip był potrzebny, właśnie taki był odbiciem ich samych, wychowanych w innym świecie, zdeprawowanych przez wojnę, choćby żyli tylko na jej obrzeżach. Być może, parafrazując autora, tylko tacy mogli sami sobie serca zaspokoić.  Nawet podejrzewając to ostatnie, nadal widzę w Filipie  paradoksalnie najmocniejsze (to na nim oparta jest cała historia) i najsłabsze (nie lubię gościa) ogniwo tej historii. Najlepiej sprawdźcie sami.

Czjuss!

*Dopiero rok intensywnego pobytu nad Menem naprawdę uzmysłowił mi, ile historycznych, kulturowych i architektonicznych strat ponieśli Niemcy w czasie 2 W. Ś. To jest niewyobrażalne i chyba rzadko pojawia się w dzisiejszym dyskursie o dramatycznych konsekwencjach tego pankontynentalnego zwarcia sił. I nie, nie przekonują mnie argumenty w stylu: „dobrze im tak” albo „sami zaczęli”. Niemiecka kultura jest częścią wielkiego europejskiego dziedzictwa – ich straty są też naszą stratą.

**Co ciekawe, pomysł, by na powojennych ruinach odbudować zupełnie nowe miasto, miała też Warszawa. Nie oburzajcie się na porównanie polskiej stolicy z niemieckim Frankfurtem – odkładam na razie na bok rozróżnienie na złych i dobrych, okupowanych i okupantów, kto na co zasłużył i dlaczego. Piszę o urbanistyce. W przypadku Warszawy był nawet taki pomysł, by w ogóle zgliszcza pozostawić na boku jako trwałą ruinę, wielki i tragiczny pomnik, a nową Warszawę wybudować obok, zupełnie od podstaw i dostosowaną do nowoczesnych potrzeb mieszkańców (szerokie drogi, nowoczesne mieszkania, inne centrum). Ten plan, jakże kuszący dla wielu architektów zaangażowanych w projekt odbudowy, spalił na panewce.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *