nowy frankfurt

25.08.2020/Niemcy

Zdarza mi się znaleźć w internetach opinie, że we Frankfurcie nic nie ma. Że to miasto jest nudne. Tymczasem ono opowiada swoją historię (i historię Niemiec) tym, którzy przybliżą ucha i wyjdą poza bankowo-handlowe centrum i targi. Dzisiaj opowieść właśnie dla takich uważnych słuchaczy. O niemieckim modernizmie w wielkiej skali – zanim zgasił go światowy kryzys i jeszcze większy nacjonalistyczny blamaż. Zapraszam.

Modernizm, czyli funkcjonalizm
Na początku lat dwudziestych, w całej powojennej Europie, w wyniku kilku splatających się ze sobą okoliczności, silnie rozkwitł modernizm – prąd w architekturze nazywany również funkcjonalizmem. Ta druga nazwa wprost tłumaczy podstawowe założenie modernizmu:
forma budynku jako pochodna jego funkcji.
Uroda rozwiązań nie została wykluczona, ale również ściśle podporządkowana przeznaczeniu (co w jakiś sposób odnosi nas do definicji słowa design*). A ponieważ modernizm zakładał masowość i powtarzalność proponowanej architektury, estetyka wiązała się też nierozerwalnie z technologią i pewnym uproszczeniem. Dziś wrzucilibyśmy ją do pojemnego i modnego worka z napisem: minimalizm.

Technologia w służbie robotnika
Tych kilka okoliczności, o których wspomniałam powyżej, to niemal jednoczesny splot osiągnięć technologii, zmian społeczno-obyczajowych (w tym również tych spowodowanych 1. W. Ś.)  i mód światopoglądowych. Przypomnę, że pod koniec wieku XIX następuje skokowy przyrost ilości mieszkańców miast. Rozwój miast związany jest z industrializacją – liczne fabryki budowane i otwierane w miastach potrzebują rąk do pracy. Ze wsi i małych miasteczek całej Europy poszukujący pracy migrują do miast. W tych miastach zamieszkują (w fatalnych warunkach) czynszowe kamienice. Wielodzietne rodziny cisną się w jednopokojowych mieszkaniach bez dostępu do światła czy powietrza. Toalety są na podwórzach. I naturalnie zapomnijcie o wodzie w rurach. Szerzy się gruźlica (powietrze bywa czarne od zanieczyszczeń), w zawilgoconych i zakopconych mieszkaniach żyją ci, którzy budują dobrobyt właścicieli fabryk. Nierównowaga społeczna jest uderzająca, ale dopiero wiek dwudziesty przyniesie ferment prowadzący do zmiany.

Rozwój technologiczny przełomu XIX i XX wieku umożliwia z kolei tańszą i masową produkcję komponentów niezbędnych do seryjnego budowania domów i mieszkań. W wielu przypadkach (tak jest w Polsce) projektowanie zaczyna się od podsumowania kolumny z wydatkami. Ile finalnie powinno kosztować takie mieszkanie i życie w nim, zastanawiają się Lachert i Szanajca** w Warszawie, by robotnik mógł sobie na nie pozwolić?
Dopiero tak uzyskana kwota jest punktem wyjścia – myślenia o rodzaju rozwiązań i stosowanych materiałach. Pytanie, jak obtanić nie tracąc celu z oczu jest wspólne dla wszystkich, podobnie jak hasło Le Corbusiera, by wszystkim zapewnić  słońce, przestrzeń i zieleń. Zespoły architektów i projektantów migrują po wielkich miastach kontynentu, wydają pisma, w których dzielą się uwagami, spotykają na zjazdach i wymieniają obserwacjami oraz praktyką. W tym gronie jest wielu młodych i pełnych woli walki. Wszystko wydaje się możliwe. Idee przekuwają w czyny, czyny w materię. Czy naprawdę robotnicy mogą mieszkać w luksusie? Na ile ta idea okaże się utopią? To pokaże czas.

May we Frankfurcie
Te cele przyświecają Ernstowi Mayowi nad Menem. Ponieważ rozwiązania mają być totalne, od fundamentów po dzwonek przy drzwiach i okienne ramy, May tworzy wokół siebie zespół złożony z artystów i inżynierów. Wspólnie dostarczają praktyczne rozwiązania, charakterystyczne dla ruchu, estetyczne w ramach ograniczonych swoimi funkcjami i ekonomiczne. Fabryki tworzą powtarzalne elementy z prefabrykatów. Wielkie osiedla złożone z identycznych szeregowców i bloków powstają dzięki temu w niebywale krótkim czasie. Dom można złożyć w kilka dni. Wyposażenie (oprócz zabudowanej kuchni, prototypu tego, co dzisiaj niemal każdy z nas ma w swoim domu) można dokupić już samodzielnie i można naturalnie kombinować na własną rękę, ale po co, skoro zespół Maya zaprojektował także meble, równie pragmatyczne i równie funkcjonalne, idealnie wypełniające wnętrza robotniczych domów. Dla tych, którzy chcą zrozumieć cele ruchu i stojąca za nim myśl, zespół wydaje magazyn „nowy frankfurt”. Nowoczesna czcionka już od strony tytułowej sygnalizuje zawartość. Nadchodzi nowe. I taki właśnie ma być nowy Frankfurt Maya. Naprawdę nowy.

W latach 1925-1930 powstaje 15 000 mieszkań i domów zaprojektowanych przez Ernsta i skupionych wokół niego ludzi.
Czy cokolwiek może ich zatrzymać?

Wielki krach
Rok 1929 przynosi krach na nowojorskiej giełdzie, infekcja bankructw rozsiewa się po całym świecie, spirala deflacji skutecznie dusi także nowofrankfurcką inicjatywę. I chociaż to właśnie Niemcy wyjdą z kryzysu jako pierwsze, zamrożenie prywatnych projektów przez narodowych socjalistów zamyka ten międzywojenny rozdział we wspólnej historii i miasta, i Ernsta Maya***.  
Okres powojenny to już zupełnie inna opowieść – i choć równie spektakularna, do opowiedzenia kiedy indziej.

Alternatywy 4?
Osiedle Ernsta Maya we frankfurckim Römerstadt miało dużo szczęścia i niemal nienaruszone przetrwało alianckie naloty w czasie 2. W. Ś. Dziś, w jednym z szeregowych domków, dzięki prywatnej inicjatywie Stowarzyszenia Ernsta Maya, można oglądać wnętrze, jakie modernista proponował robotnikom niemal sto lat temu. Dookoła rozciągają się inne podobne domy, z podobnymi gankami, analogicznymi ogródkami i niemal identycznymi prowadzącymi do nich wąskimi drogami. Prześwity wypełnione zielenią i światłem, niebieskie ramy okien, pastelowe kolory ścian. Na podłogach linoleum, w gniazdkach prąd (!), sypialnie dla dzieci i rodziców. Osobny salon do wspólnego życia. Praktyczna piwnica z balią do prania i dodatkową toaletą. Słynna frankfurcka kuchnia.

W każdym domku tak samo.

Styl z lat dwudziestych, rozpoznawalny z co niektórych klisz filmów starego kina lub szablonowych rozwiązań powojennych, gdy z okresu rozkwitu trend ewoluował w stateczną, czasem męcząco powtarzalną dojrzałość. Choć w Polsce kojarzony z komunistyczną siermięgą, u Skandynawów zhumanizowany i wzmocniony szlachetnością naturalnych dodatków: drewna i kamienia. Wyciszony, w służbie (zamożnego****) człowieka i elegancki pozostaje w modzie do dziś. I taki właśnie wraca w resentymentach vintage.

To muzeum jest jak kapsuła czasu i rarytas dla wszystkich kochających architekturę wnętrz. W dodatku świat dookoła też się jakby zatrzymał. Mayerowskie bloki, Mayerowskie ulice, Mayerowskie pasy zieleni. Warto to zobaczyć.

Tschuss!

*cudownie przystępnie i dla wszystkich o designie pisze Marcin Wicha, łącząc go przede wszystkim właśnie z funkcjonalnością, np. w „Jak przestałem kochać design”. Polecam!
**przywołuję tu dwa modne ostatnio nazwiska, ale przedstawicieli polskiego modernizmu oczywiście było więcej. Zainteresowanym baaaardzo polecam książkę Beaty Chomątowskiej „Lachert i Szanajca. Architekci awangardy”.
***w latach 30-ych architekt wyjeżdża do ZSRR realizować analogiczne i jeszcze bardziej ambitne założenie urbanistyczne: z zespołem 37 osób ma zbudować niemal półtora miliona mieszkań. Ten plan powiódł się także tylko częściowo.
****niestety, nie tylko skandynawski modernizm okazał się drogi. Pomimo wielkich wysiłków zarówno w Polsce, jak w Niemczech, tanie domy okazały się i tak za drogie na ówczesne uposażenia robotników. Wynajmującymi w praktyce okazali się przedstawiciele drobnej inteligencji, w tym np. pracownicy administracji.

Jeśli czytasz i lubisz to, o czym piszę na blogu, kup moją książkę i wesprzyj mnie w ten sposób jako autorkę. To dla mnie ważne.

Zamów książkę →

5 komentarzy

  1. Bardzo interesujący tekst, Pani Karolino.
    Mnie modernizm w architekturze kusi i zniechęca zarazem, powodując pewien dysonans estetyczny. Od dawna zachwycam się wyśmiewaną kiedyś secesją, choć nie mógłbym mieszkać w tak urządzonym domu czy mieszkaniu. Nawet vintage’owych drobiazgów z belle époque nigdy nie planowałem zakupić. Podziwiam w muzeach, fotografuję, podobnie jak piękności użytkowe art déco, które również budzą mój zachwyt.
    Żyję wśród prostych, modernistycznych sprzętów wykonanych, jak Pani to celnie określiła, w zhumanizowanym stylu Skandynawów, czyli mówiąc wprost – w ikeowskim funkcjonalizmie z płyty wiórowej i pilśniowej. A jednak do architektury modernistycznej przekonany nie jestem, bowiem kojarzy mi się (dziś już coraz mniej), znów posłużę się Pani trafnym określeniem, z komunistyczną siermięgą, bezkresem szarzyzny wielkomiejskich blokowisk, przytłaczającą nijakością jednorodzinnych „kostek”, jakie na potęgę stawiano w PRL-u. Presja ku uniformizacji wszystkich aspektów życia, oparta na chorej ideologii kolektywizmu, czerpała garściami z architektonicznych wizji Le Corbusiera i przetwarzała krajobraz w betonowe, pudełkowate szuflandie. Koszmar zamiast funkcjonalizmu i racjonalizmu. Wulgaryzacja architektonicznych założeń modernizmu, podobnie jak totalne wypaczenie marksizmu, czyż nie tego nauczył nas realny socjalizm?
    Co innego przedwojenny modernizm, który w Polsce miał po raz pierwszy okazję zaistnieć na deskach kreślarskich naszych rodzimych architektów. By na niego zwrócić uwagę, trzeba jednak najpierw strzepnąć z siebie popiół PRL-owskiego pejzażu wielkopłytowych spółdzielczych punktowców. Nie jest łatwo to zrobić. Próbowałem się niedawno przekonać do modernistycznej Gdyni, nawet specjalnie w tym celu pojechałem odwiedzić to miasto podczas wakacji, lecz opuszczałem je nieprzekonany. Nadal jednak przyglądam się i, podobnie jak z sympatią do kotów (jestem zdeklarowanym psiarzem), systematycznie przełamuję lody niechęci. Przy Placu Szczepańskim, choć przyznam się, że zaglądam tam ilekroć jestem w Krakowie z zupełnie innego powodu (Kamienica Szołayskich), niezmiennie magnetyzuje mnie potężny, trochę niepasujący do tej części miasta, przedwojenny budynek Komunalnej Kasy Oszczędności, zaprojektowany przez Fryderyka Tadaniera. W Poznaniu w pobliżu cmentarza przy ul. Nowina mam swoją ulubioną modernistyczną willę, nie wiem czyjego projektu. Zerkam na nią z przyjemnością, gdy tylko zdarzy mi się odwiedzić tę starą nekropolię. Ostatnio zaopatrzyłem się w wydaną przed trzema laty kapitalną pracę o modernistycznym willowym osiedlu na poznańskim Grunwaldzie (Abisynia) i niebawem dojrzeję, aby tam pojechać i obejrzeć wszystko na żywo. Intensywnie pracuję więc nad moim „secesyjnym bezguściem” 😉
    Pozdrawiam serdecznie!

  2. Panie Macieju, dziękuję, doskonale Pana rozumiem, choć moja przygoda z modernizmem przebiegła mniej boleśnie. Jakoś od początku podświadomie rozdzielałam modernizm powojenny od tego sprzed wojny i poszło łatwiej 🙂 . Tego „klasycznego” modernizmu doszukałam się w W-wie i wspaniałym przewodnikiem była dla mnie polecana już książka pani Chomątowskiej. Lekko się czyta, chodziłam z nią po stolicy. Zaintrygował mnie Pan nieziemsko wspominając poznańską Abisynię. Proszę zdradzić autora, z przyjemnością przeczytam (może uda się znaleźć w jakiejś bibliotece). Bardzo serdecznie pozdrawiam!

  3. Pani Karolino, w ostatnim czasie ukazały się co najmniej (może jest ich więcej, ale o innych nie wiem) dwie interesujące prace na temat poznańskiej architektury modernistycznej. Poniżej wklejam linki do księgarń.

    Abisynia (proszę sprawdzić, czy np. w czytam.pl albo nieprzeczytane.pl nie oferują lepszej ceny, bo nasze Wydawnictwo Miejskie lubi się cenić)
    https://sklep5549656.homesklep.pl/pl/p/Abisynia-osiedle-na-poznanskim-Grunwaldzie/870

    Modernizm zapoznany. Architektura Poznania 1919-1939 – bardzo dobra książka
    https://czytam.pl/k,ks_560607,Modernizm-zapoznany-Kubiak-Szymon-Piotr-ceneo.html?ceneo_spo=true&utm_source=ceneo&utm_medium=referral

    Życzę pięknego weekendu i pozdrawiam serdecznie!

  4. Panie Macieju, bardzo dziękuję, trochę z opóźnieniem, ponieważ Pana wiadomość z linkami wpadła do spamu. Odzyskałam ją i na pewno skorzystam. Pozdrawiam!

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.