house of Gucci

30.12.2021

Stary rok dobiega kresu, a ja wchodzę w nowy przed oczami mając „House of Gucci” Ridleya Scotta. Poszłam spragniona kina po niemal dwuletniej absencji i rozparta na szerokim wygodnym kinowym fotelu z niemałym wzruszeniem wdychałam charakterystyczny zapach multipleksu. Rzeczony zapach wdzierał się nawet przez maskę (dzięki, pandemio), która po dwóch godzinach przykleiła się do twarzy (dzięki, pandemio), ale przy nadchodzących czwartych, piątych i powoli nie wiem już których falach niepójście do kina nie wchodziło w grę. Dzięki, pandemio.

Miało być bezpiecznie, bo w środku tygodnia i z tego samego powodu nie miało być tłumów, tymczasem zupełnie przypadkiem trafiłam na tani wtorek i sala była wypełniona po brzegi. Trochę strach, a trochę już zupełnie nie, za nami dwa lata z zarazą, za mną szczepienia, na twarzy ta cholerna maska, trudno, zdecydowałam i zostałam. I to była bardzo dobra decyzja.

Jeśli zatem jeszcze nie widzieliście „Domu Guccich”, zróbcie to bezzwłocznie i to koniecznie na wielkim ekranie, a przeniesiecie się z czasów zarazy w pozornie cudowny i równie pozornie beztroski okres włoskich lat siedemdziesiątych, a następnie osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. W orientowaniu się w czasie pomogą Wam nie tylko fantastyczne kreacje aktorów (w końcu Gucci to światowa marka fashion), ale i muzyka disco, i to te kawałki, które każdy, kto żył w latach osiemdziesiątych, ma wytatuowane w sercu. Moje obawy, że Lady Gaga aktorsko nie da rady, okazały się co najmniej płonne. Gaga, w filmie perfekcyjny miks lady Makbet i Alexis Carrington, nie tylko wygląda na ekranie jak stereotypowa Włoszka, ale przede wszystkim fizycznie niewiele się różni od pierwowzoru, czyli temperamentnej Patrizii Reggiani. Obserwowanie jej duetu z Adamem Driverem grającym Mauriziego Gucci to czysta rozkosz. Dotyczy to i  scen pełnych namiętności i siły, jakie idealnie zbalansowane nosi w sobie, i tych bardziej zniuansowanych. To dzięki temu moment, gdy kierujący firmą w Stanach Aldo Gucci przypomina parweniuszce jej miejsce w szeregu, pozostanie ze mną na długo. Ta rwąca rzeka upokorzenia, rozgoryczenia, wściekłości i dumy musiała gdzieś w końcu znaleźć ujście. Wspomniany Aldo (epicko odegrany przez Ala Pacino) to najstarszy z czwórki synów założyciela firmy, Guccio Gucciego. Guccio ekspansję marki zawdzięczał właśnie zaangażowaniu dorastających dzieci do rodzinnego biznesu. Aldo Paciniego to zsumowany portret dominujących, nieco jowialnych, a w rzeczywistości kalkulujących na zimno, korzystających z życia prezesów, których siły nieubłaganie wyczerpuje czas. Nestorzy czują, że nadszedł moment pokoleniowej zmiany i szukają następców. Szukają, ale gdy znajdą, w praktyce oddawanie sterów w ręce inaczej myślącego pokolenia nie przychodzi im łatwo. Cyniczni, nadal silni, trochę żałośni w swej niedzisiejszej  formie, a trochę tragiczni. Kto kiedykolwiek spotkał takiego prezesa, ten wie. I taki jest właśnie Aldo mistrza Paciniego. Prawdziwa perła w kreowaniu postaci samym spojrzeniem. Zachwianiem w niepewnym ruchu starzejącego się ciała. I pokazaniem pożółkłych kłów, gdy zaproszeni do wspólnego stołu goście chcą decydować o serwowanych daniach.

Ta historia to oczywiście, oprócz wysmakowanych dekoracji, fenomenalny materiał od stuleci poruszający wszystkich odbiorców. Jest i namiętność, i wielkie pieniądze, i równie wielkie, stojące za tymi pieniędzmi żądze, i nienawiść, i władza, i do tej władzy pociąg. I relacje rodzinne, które okazują się tak bardzo skomplikowane jak wszędzie, z pieniędzmi czy bez. Jest też wielka miłość, a w zasadzie miłości, które rodzą się, trwają i umierają, a to ostatnie aktorzy oddają tak, że widza aż boli. Wsłuchajcie się i wpatrzcie w opowieść Patrizii o wypadzie do Paryża, bo to łabędzi śpiew szalonego uczucia, które onegdaj łączyło ją z Mauriziem. Scena z prezentem pod choinką jest tej opowieści kontynuacją. A wyjazd ze Szwajcarii klamrą, która zepnie się z tragicznym finałem. Polecam!

Tschüss!



Ciekawostki:

  1. Jako że „Relokowana…” jest blogiem o Niemczech, liczyłam, że w tej historii zakorzenionej w Europie, nie zabraknie i wątków niemieckich. I miałam rację, choć za dużo tego nie było. Matka Maurizia, Sandra Ravel, wspomniana w pierwszych scenach filmu gwiazda srebrnego ekranu lat trzydziestych, z pochodzenia była pół Niemką. Klasyczna blond piękność zmarła na raka w roku 1954, osieracając sześcioletniego synka.

    Na zdjęciu plakat z filmu „Te trzy francuskie dziewczęta” – jasnowłosa, długonoga Sandra siedzi najbardziej na prawo.

2. W latach dwudziestych XX w. Guccio Gucci budowę swego imperium rozpoczął od produkcji toreb jeździeckich. Z czasem rozszerzył ofertę o torebki damskie. Jednym z czynników, które stały za sukcesem marki, była doskonała jakość materiałów, z których wyrabiano towar. O sztuce wyprawiania skór i stojącym za nią know – how, a także (jak u Guccich) rodzinnym charakterze manufaktur produkujących galanterię skórzaną w dzisiejszych Niemczech pisałam w jednym z pierwszych tekstów na blogu: https://opowiescirelokowanej.pl/ach-takie-buty/

Jeśli czytasz mojego bloga, możesz zamówić także moją książkę i wkrótce cieszyć się zapachem druku i szelestem kartek.

Zamów książkę →

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.