interview

czwartek, 6 lutego 2020/ 119 dzień życia w Niemczech

Wiele lat temu miałam marzenie. Chciałam pracować w hotelu. Wydawało mi się, że to jest po prostu super praca, taka ekscytująca i przyjemna, ciągle nowi ludzie i ten ruch, ta zmiana, ten szum ludzkich losów i walizek. To marzenie na polskiej ziemi nigdy się nie spełniło. Owszem, miałam w zawodowym życiu i nowych ludzi, i ruch, i zmiany, i szum ludzkich losów, i szum walizek, w tym własnych, ale nigdy, nigdy nie pracowałam w hotelu.

W Niemczech, w moim nowym życiowym otwarciu, postanowiłam dać marzeniu szansę. I kliknęłam z dwa razy wysyłając CV do jakichś pięciogwiazdkowych obiektów (jak już per aspera ad astra, to niech tych astra będzie sporo; bo trudów jak wiadomo nie zabraknie nigdy). I tak z przedwczoraj na wczoraj odezwał się w mailu Herr Hotel (tak go sobie tutaj dla uproszczenia nazwijmy). Herr Hotel ciepło i serdecznie zaprosił mnie na interview, wszystko oczywiście w lokalnym dialekcie. Spotkanie w czwartek. Podekscytowana jak smok podzieliłam się wiadomością z Juniorką:

– Córeczko, hotel do mnie napisał, zapraszają mnie na rozmowę o pracę.

– Oooo – oczy Juniorki robią się jak spodki – Super!

– Ma pięć gwiazdek – mówię – luksusowy.

– Ekstra – cieszy się Juniorka. Ona też lubi marki premium. Nagle zastyga:

– Mamo, mamo, a co ty tam masz robić?

– No wiesz, nie wiem jeszcze. Z opisu wynikało, że to jakaś administracja będzie. Ludzie i papiery.

– Ufff… – stres spada z Juniorki jak jesienny liść z drzewa – to dobrze. Bo wiesz, jakbyś miała ścielić łóżka, to kiepsko, nie jesteś w tym najlepsza, musieliby do mnie z tym uderzyć…  (no to już wiecie, kto w naszym domu najlepiej robi łóżka 🙂 ).


Szykuję się do spotkania z Herr Hotelem. Skoro nie nadaję się do łóżek, trzeba zawalczyć o coś innego. Wykuwam na blachę swoje niemieckie Lebenslauf, CV i ćwiczę wyimaginowane rozmowy rekrutacyjne. Wieczorem nakładam maseczkę. Śpię kiepsko (bo krótko) i budzę się przed czasem z odmianą verbringen na ustach. Otwieram szafę i krytycznie przyglądam zawartości. Kim dzisiaj będę? Będę profesjonalna (marynarka) i uniseks (biała koszula). Dynamiczna (włosy w kucyk), minimalistyczna (tylko pierścionek), konkretna (lekki Absatz, obcas). I premium (zegarek – dzięki Tato 🙂 ). No dobrze, a perfumy… Żadnych kadzideł, żadnych kobiecych kwiatowych  balastów. Zapachowe kilery i uwodziciele idą w kąt. Dziś pachnę wyabstrahowaną esencją kwalifikacji, czyli wanilią z laurowcem (dzięki, ci, Lalique, Francuzi są jednak w te klocki najlepsi). I taka właśnie gotowa na wszystko przychodzę na spotkanie.


Hotel jest dokładnie taki, jaki miał być. Luksusowy, ale przytulny; kojące światło muska szlachetne drewniane meble, przy kontuarze pachnie kawą, przyciszone rozmowy gości w części kawiarnianej snują się po wnętrzu i leniwie opadają na miękki dywan. Podchodzę do recepcji. Uśmiechnięty brodacz potwierdza, że tak, jasne, pan Hotel jest menedżerem w tym miejscu. Najlepiej, żebym chwilkę poczekała, bo jeszcze nie przybył do pracy. Ach, macham ręką, mamy jeszcze sporo czasu. Oczywiście poczekam (przyjechałam pół godziny za wcześnie. W moim świecie lepiej tak niż choćby minutę za późno).

Siadam przy drewnianym stoliczku, przeglądam prasę, oglądam telewizję. Tuż przed umówioną godziną spotkania podchodzi do mnie pan Brodacz. Niesie ze sobą jakiś notatnik. To co, on będzie ze mną rozmawiał? Nie będę się na razie martwić. Niech sobie niesie, co chce.

–   Napije się pani czegoś? Kawa? Herbata?

Na zewnątrz jest jakieś 2 stopnie w plusie, wilgotno i zimno, kawa jest kuszącą propozycją. Normalnie poprosiłabym o szklankę wody, ale potrzebuję chwili do namysłu. Dane mi się nie zgadzają. Gdzie jest pan Hotel?

– Kawę, kawę poproszę. O ile to nie kłopot…

Brodacz znika za kontuarem, mam nadzieję, że będzie nie tylko mielił tę kawę, ale może jeszcze osobiście transportował prosto z Kolumbii. A ja w tym czasie zbiorę myśli.

Niestety, ekspres jest pewnie też premium, zupełnie jak hotel, Brodacz wraca nadzwyczaj szybko. Nie należy do drobnych osób, a z dużym wdziękiem lawiruje z tą kawą, notatnikiem i mną tuż za nim, a jednak jakoś obok niego. Siadamy.

Widzę, że mu ciężko. To pomogę, myślę:

– Rozumiem, że pan nie jest panem Hotelem?

Jest zaskoczony bezpośredniością pytania.

– Pani Karolino –  tak mu niezręcznie, że niemal zgięty w pół wisi nad blatem stolika– pan Hotel niestety musiał niespodziewanie wyjechać, kontrola, rozumie pani, i poprosił, żebym to ja z panią porozmawiał.

OK, myślę. Nie, nie OK. Ale przynajmniej wiem, gdzie jesteśmy.

– W dodatku – mówi mój rozmówca – ja nie wiem nawet, na jakie stanowisko pani aplikowała. Ani w którym z naszych hoteli.

– Rozumiem – teraz ja – że pewnie nie widział pan też mojego CV?

Nie widział.

No to, hello, mówiąc Mariolką, mam dwie możliwości (pewnie jest ich więcej, ale w tej chwili widzę tylko dwie). Mogę zostać, pić sobie tę pyszną kawę i oszołomić Brodacza tak, by w jękach zachwytu opowiedział potem beznadziejnemu szefowi jaka świetna jest ta babka, którą wyrolował. Albo – są zwolennicy i takiej metody – mogę spokojnie wstać, podziękować za kawę, za Brodaczowy czas i wyjść z godnością (i prawdopodobnie bez pracy. Czyli bez spełnionego marzenia. Czymkolwiek to marzenie okazuje się być).

Jak zwykle, czas się nie zatrzymuje w takiej sytuacji, sekundy z prędkością światła zmieniają się w minuty, mój rozmówca inaczej konsumuje czas niż ja, ale nie mogę dłużej trzymać filiżanki przy ustach.

– No dobrze – uśmiecham się – to przeprowadźmy to interview.

Moja decyzja zaskakuje Brodacza, chyba myślał, że z godnością się wyniosę. Surprise, mój kochany. Niespodzianka. Puk, puk, tu życie. Mnie też nie jest teraz łatwo.

Zapada cisza. Brodacz gryzmoli w notatniku strzałkę. Czekam na jego pytanie, a ono nie pada.

– Hmmm – lekko się pochylam w jego stronę, uśmiecham – to może opowiem panu, dlaczego aplikowałam o pracę w państwa hotelu?

– O, tak! – cieszy się Brodacz – proszę opowiedzieć.

No to opowiadam. Z czasem przeskakuję na angielski, w końcu dobrze, żeby wiedział, że mówię też w innych językach.

Skończyłam.

Cisza.

– To może – mówię – opowiem panu o moich poprzednich zajęciach?

– Super!- cieszy się Brodacz.

Opowiadam. Trochę tego jest, ale znowu docieram do końca.

– Hmmm – mówię – poza wszystkim, muszę panu powiedzieć, staram się dużo czerpać z pobytu tutaj. Hesja jest piękna, sporo zabytków. Zwiedzam muzea, rozmawiam z ludźmi. Na przykład, słyszał pan na pewno, Zeppelin, graf Zeppelin. Był pan w muzeum?

Brodacz kręci głową – nie był. Ale się wybierze, obiecuje.

– Proszę się tylko zbyt wiele nie spodziewać –ostrzegam – ono jest takie trochę w starym stylu. Ale sam Zeppelin! Super historia. Zna ją pan?

Nie zna. Opowiadam mu o generale i jego pasji. Brodacz nerwowo zerka ponad moim ramieniem w kierunku recepcji.

– Czy pan się czymś martwi? – pytam – Wydaje mi się pan nieco zdenerwowany.

– Nie, nie – Brodacz zaprzecza i jego oczy ponownie są ze mną. Po tych oczach widzę, że mój czas się kończy. Schade, szkoda. A było tak miło.

– A może ma pan do mnie jakieś pytania?

Nie ma. Za to może opowiedzieć mi o hotelu. Opowiada.

Spotkanie, podobnie jak moja kawa, dobiega końca. Żegnam się grzecznie i dziękuję za poświęcony mi czas. Brodacz z gracją ulgą oddryfowuje w swoją stronę. Ja zbieram, co moje, torebkę, szalik i marzenia, i wychodzę z hotelu.

Ponoć pan Hotel ma do mnie zadzwonić. Albo napisać.

Mal sehen. Zobaczymy.

Tschuss!

4 komentarze

  1. Teraz sobie myślę, że nie zadzwoni, dobiłaś Brodacza Zeppelinem, może nie udźwignąć takiej wszechstronnej kobiety 😉.

  2. Uwielbiam Twoją bezpośredniość:

    „Czy pan się czymś martwi? – pytam – Wydaje mi się pan nieco zdenerwowany.”

    Umarłam ze śmiechu. Chciałabym zobaczyć jego minę.
    Uściski

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *