Kalimanjaro

30.04.2021


Wczoraj wróciłam do Hesji. Jechałam samochodem przez wiosenną Europę, było nieprzytomnie ciepło jak na końcówkę kwietnia i im bardziej na zachód, tym bardziej zielono. Światło za oknami miało niesamowity odcień, zwłaszcza pod koniec dnia. Taki… fiołkowy. I ta fiołkowość łączyła się magicznie z bielą pni mijanych brzóz i jaskrawą zielonością ich młodych liści,  z ciemną zielenią dębów i świeżością trawy. A potem wjechałam w Las Turyński, który w swojej odsłonie wiosennej był jeszcze piękniejszy niż jesienią. I właśnie tam, na ostatniej prostej przed Frankfurtem, czyli jakieś dwieście kilometrów od niemieckiego domu, po raz kolejny minęłam dziwo, o którym dzisiaj napiszę więcej, bo najwyraźniej nadszedł właściwy moment.

To dziwo to góra Kali, nazywana też w ramach gry słów KALImanjaro i jej wypiętrzenie, jak rzekłby geolog, datuje się na lata 70-te XX wieku. Albo by tak nie rzekł, ponieważ góra jest w 100% man-made, dziełem człowieka, nikt tu niczego nie wypiętrzał, tylko wysypywał i pewnie dlatego monstrum wygląda jak wielki cokół nakryty szaro-białym obrusem. Dodajmy, że to coś, nazwane przez jakichś mistrzów marketingu „Białą Górą”, rozstawiono na wielkiej zielonej połaci heskich lasów i pagórków, tych samych, po których spacerował swego czasu Goethe, bracia Grimm, Czerwony Kapturek, Wilk i Jaś z Małgosią*. Zapierającą dech w piersiach urodę lokalnego świata między Eisenach i Bad Hersfeld miażdży buro-biała spiętrzona masa  o szczycie płaskim jak blat stołu. Rzecz tak odstaje od reszty, że nie pozostawia złudzeń: swoje brudne paluchy musiał maczać w tym człowiek (Matka Natura bywa zwykle bardziej wyrafinowana).

Dzisiaj Kaliberg to lokalna atrakcja. W rzeczywistości efekt uboczny hurtowego wydobycia i przetwarzania potasu (der Kali, das Kalium), jest wielkim wysypiskiem chlorku sodu. Można wspiąć się na sam ścięty szczyt solnej góry i tam, z 200 metrów wysokości, przy dobrej widoczności sięgnąć wzrokiem aż po horyzont, czyli na przykład aż po pasmo Taunusa. Tak przynajmniej głoszą fachowcy zachęcający do wizyty w  Kalibergbaumuseum. Bardzo sprawnie nakręcono tam filmik o walorach takiej wycieczki. W tle podniosłej muzyczki zwiedzająca młodzież wspina się po białej hałdzie. W tym samym czasie długim podajnikiem sunie w dół wąska nieprzerwana struga słonej rzeki**. Panta rei, już nie tylko wszystko płynie, ale sól płynie, czas płynie, góra, która wiele lat temu mieszkańcom wschodnich Niemiec wskazywała wymarzony kierunek zmian***, dziś jest ekologicznie passé, choć swój ślad pozostawi jeszcze na długo. Już teraz zasolenie okolicznych gruntów przekracza normy, a pobliska rzeka Werra poziomem jonów soli przewyższa niektóre z obszarów Bałtyku.

I skoro o soli mowa, to nie trzeba być prorokiem, by przewidzieć, że jako gatunek słono za to zapłacimy. Jak za wszystko, co nabroiliśmy, tu i ówdzie, czyli prawie wszędzie, regularnie przekraczając normy dobrych obyczajów lub zwykłej troski, w świecie, w którym okazaliśmy się najdrapieżniejszym dziełem stworzenia. Trzymam kciuki, by Ziemia, wstrząsana dreszczami klimatycznych zmian, nie zrzuciła nas z siebie jak naprzykrzającego się pasożyta.

Może da nam jeszcze jedną szansę.

I może z niej skorzystamy.

Tschuss!



Edit: długo się zastanawiałam, czy udostępnić tu link do filmu o górze Kali. I zdecydowałam, że tak. Może wbrew zamierzeniom twórców wybrzmi nie jak reklamówka, a jak ostrzeżenie. Swoiste memento. Sami popatrzcie: https://www.kalimuseum.de/monte_kali/der_monte_kali_im_film/der_montekali_im_film.html




*kliknij tutaj, by poczytać więcej o (nie)bajkowym świecie braci Grimmów.
**w tej chwili hałda (ponad 200 milionów ton soli) pokrywa niecałe 100 ha powierzchni Hesji. Każda godzina wydobycia to kolejne 900 ton.
***Kaliberg znajduje się niedaleko dawnej granicy niemiecko-niemieckiej.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *