Max Liebermann

16.12.2021

Max Liebermann był czołowym niemieckim impresjonistą i jednocześnie wzorowym bourjois, który po dekadach malarskich podróży i równie długich poszukiwaniach własnego stylu osiadł w pruskim Berlinie tuż przy ekskluzywnym Pariser Platz. Awangardowiec, który pod koniec swego długiego życia okazał się obrońcą „starej” sztuki, koneser i kolekcjoner malarstwa, ale przede wszystkim typowy przedstawiciel zamożnej grupy społecznej, której świat zgasł w brunatnych latach trzydziestych XX wieku.

Decyzja syna, by na poważnie zająć się sztuką, była dla ojca Maxa, znanego berlińskiego bankiera żydowskiego pochodzenia, gorzką porażką. Ale dla młodego Liebermanna oznaczała szerokie otwarcie europejskich drzwi i rozpoczęcie licznych podróży w poszukiwaniu własnego stylu. Uczył się od najlepszych i wiązał z rozmaitymi szkołami, przechodząc stopniowo od ciemnego w wyrazie realizmu (wieloletnie pobytu na terenie Niderlandów, grupa Haga), przez odkrycie znaczenia światła (wpływ francuskiego Barbizon), początkowo delikatnie rozrzuconego na strojach przedstawianych postaci i liściach malowanych parków, a następnie światła totalnego, w którym tonęły przedstawiane plaże, postacie kąpiących się i kwiaty w ukochanym ogrodzie nad Wannsee. 

Kiedy się przygląda obrazom Liebermanna w chronologicznym porządku, wyraźnie widać proces twórczej przemiany. I nie chodzi wyłącznie o przechodzenie z jednej szkoły do drugiej czy uleganie wpływom wybranych malarzy, ale również o artystyczne dojrzewanie. Im więcej lat za Liebermannem, im więcej obrazów, tym ruchy pędzla pewniejsze i dłuższe, a może nawet zniecierpliwione. Tym grubsza warstwa farby, tym konkretniejsza faktura na płótnie. W ostatnich dziełach aż chciałoby się przesunąć ręką po obrazie, tak trójwymiarowe jest to malowanie.

Impresjonizm Liebermanna nie jest bowiem zbudowany na bezliku delikatnych kropek, które nabierają kształtów dopiero, gdy się odejdzie parę kroków od sztalug. Jego malarstwo to raczej krótkie linie, urwane pociągnięcia pędzla, czasem plaśnięcia, ale w porównaniu z takim Monetem punkt Liebermanna to konkret, a nie rozmyta mgiełka kropki.

I chociaż ten konkret jest w Liebermannie bardzo pruski, sam impresjonizm bez wątpienia jest urodzonym Francuzem i jako taki nie podoba się Berlinowi pod rządami Wilhelma II. Francja jest wówczas wrogiem, niezmiennym rywalem Prus na europejskiej mapie wpływów, a jedynym uznawanym rodzajem sztuki jest ta nauczana w akademiach i oparta na mistrzach antyku i renesansu. Wiele lat upłynie zanim francuska impresjonistyczna awangarda przyjmie się na berlińskiej glebie. Bezsprzecznie przyczynią się do tego praca i zaangażowanie Liebermanna, który z poszukiwacza i innowatora zmieni się w poważnego prezesa licznych stowarzyszeń artystycznych. Nadal podróżuje i tworzy, ale również, dzięki olbrzymiej fortunie, którą dziedziczy po śmierci rodziców, kupuje i gromadzi cenne płótna z całego świata.

„Aleja w Overveen” (1895)

Tymczasem nadchodzą nowe czasy, nowe trendy i nowi artyści, którzy chcą oddać ducha tej nowości.  Wśród nich cała grupa ekspresjonistów, którzy nie trawią już ciepła impresjonistycznej słonecznej idylli, rozmytych alejek parkowych i pań z parasolkami. Pierwsza dekada dwudziestego wieku u Liebermanna ciągle jeszcze pełna jest jasnego piasku plaż i rozsłonecznionego nadmorskiego nieba. Ale u innych kolory są mocne i ciemne, linie ostre, kształty przerysowane. Tak maluje między innymi Nolde (klik), którego, wraz z całą grupą jemu podobnych, secesyjne jury pod przewodnictwem Liebermanna nie dopuszcza do wystawy w 1910 roku. Jednak młodzi nie ustępują. Otwierają własny show z manifestacyjnym tytułem „Odrzuceni…”. To nie ekspozycja, to demonstracja. I ta demonstracja wieszczy koniec jednej epoki i początek kolejnej.  Tak kończy się impresjonizm.

Ale tylko w podręcznikach epoki mają podane ostre daty początku i kresu. W prawdziwym świecie trendy się przenikają, jeszcze dzieją, a już powolutku odchodzą do historii, robiąc coraz więcej miejsca nowemu. Które oczywiście też z czasem zdetronizuje kolejny młody i głośny następca. W czasie, gdy Nolde, Macke (klik) i inni spod szyldu Blaue Reiter walczą o swoje (i je zdobywają), Liebermann doskonali swoje impresjonistyczne dzieła. Z powodu zawieruchy wojennej lat 1914-1918 znacznie ograniczył wcześniej liczne wyjazdy po całej Europie. Z kolei dojście faszystów do władzy zmusiło go do rezygnacji z funkcji prezesa pruskiej Akademii Sztuk. Rozgoryczony brunatną rzeczywistością dosłownie maszerującą pod jego oknami*, wypowiada znamienne zdanie: „nie wiem, ile musiałbym zjeść, żeby zwymiotować to wszystko”. 

Odcina się i zamyka w odosobnieniu swojego pięknego letniego domu nad podberlińskim Wannsee**. Willę otacza magiczny ogród, zaprojektowany kilka lat wcześniej według najnowszych standardów. Jest tam i część warzywna, i ogród różany, i tarasy pełne kwiatów. Tę harmonię światła i kolorów oddają ostatnie prace artysty, uznawane zresztą za najdoskonalsze.

Tarasy kwiatowe w pięknym ogrodzie Liebermannów nad Wannsee (1919)

Kiedy umiera w roku 1935, ci sami berlińczycy, którzy wcześniej z dumą honorowali go licznymi odznaczeniami, boją się uczestniczyć w żydowskim pochówku. Próby ocalenia żony Maxa, Marthy Liebermann, przed wywiezieniem do Dachau, nie przynoszą efektów. Ale Martha wymyka się systemowi sama. Na zawsze. Na kilka dni przed transportem łyka zwiększoną ilość weronalu*** i zapada w sen, z którego już nigdy się nie obudzi. Po jej śmierci Rzesza konfiskuje cenną kolekcją malarstwa zebraną w domu przy Pariser Platz.

Dziś fenomenalną okazję do pełnego poznania twórczości Liebermanna daje wystawa „Ja. Max Liebermann” w Hessisches Landesmuseum Darmstadt (klik), na której zebrano dzieła artysty od jego fascynacji realizmem przez dostrzeżenie znaczenia światła aż po lśniące jasnością płótna ostatniego okresu. Całość arcyciekawie uzupełniono przykładami obrazów tych malarzy, którzy inspirowali Liebermanna w kolejnych okresach życia. Baaaardzo polecam!

Tschüss!

 *Pariser Platz, przy którym stał pałac Liebermannów, to najznamienitszy plac w Berlinie zamykający arterię Alee Unten den Linden; głośny zarówno dzięki Bramie Brandenburskiej, jak i luksusowemu hotelowi „Adlon” goszczącemu sławy swoich czasów.

**w willi znajduje się muzeum artysty: https://liebermann-villa.de/

***weronal przedawkował również austriacki pisarz żydowskiego pochodzenia, Sefan Zweig. Jego biografia i biografia Liebermanna są do siebie bardzo podobne. Świat jednego i drugiego w zasadzie skończył się z wybuchem pierwszej wojny, a nadchodząca druga była kolejną wielką cywilizacyjną porażką. Zainteresowanym polecam lekturę „Wspomnień Europejczyka” Zweiga.

Jeśli czytasz mojego bloga, możesz zamówić także moją książkę i wkrótce cieszyć się zapachem druku i szelestem kartek.

Zamów książkę →

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.