o Śnieżce, która musiała umrzeć, czyli kryminały z okręgu Hochtaunus

piątek, 06.03.2020/ 141 dzień życia w Niemczech

Spoiler alert!

Jejku, jejku, jak tę książkę dobrze się czytało. Zajęła mi dwie długie noce, ale długie nie dlatego, że się dłużyły, tylko dlatego, że każda trwała jakieś 300 stron ;-).  Mowa oczywiście o „Śnieżka musi umrzeć” Nele Neuhaus, jednej z najpoczytniejszych współczesnych niemieckich pisarek (i jednej z tych najchętniej tłumaczonych na całym świecie).

Bezpośrednim powodem, dla którego w ogóle sięgnęłam po „Śnieżkę”, był fakt, że rzecz dzieje się niedaleko Frankfurtu, w górach Taunus. Miałam nadzieję, że zaraz po lekturze skoczę do Bad Soden i przygotuję dla Was reportaż z miejsca zbrodni wizję lokalną, ale koronawirus był szybszy. Pierwszymi zakażonymi w regionie okazali się mieszkańcy Hochtaunus Kreiz, czyli właśnie terenów, na których według pomyślunku pani Neuhaus działają Pia Kirchhoff i przystojny komisarz Bodenstein.

Rodzinna narada była krótka. Zostajemy w domu, po co kusić los. Bad Soden, Altenhein, Königstein i inne zobaczymy za kilka tygodni, gdy ciepło i słońce wypalą wirusa w Europie. Będzie bezpieczniej. I piękniej. Bad Soden (swego czasu uzdrowisko o światowej renomie) widziane dziś, w szary, wietrzny i pozbawiony zieleni dzień marcowy to żadna radość. Ale to samo Bad Soden w górach Taunus w objęciach wczesnej wiosny, to piękno, którym będę się z Wami dzielić już za kilka tygodni.

Chociaż „Śnieżka…” jest już czwartym tomem serii, wielu uważa ją za tom najlepszy (uwaga: wybrane  tomy można czytać niekoniecznie w kolejności od pierwszego do ostatniego).  Aby nie zepsuć Wam przyjemności zdradzając zbyt wiele, napiszę tak: chylę czoła przed autorką, której udało się taką intrygę wymyślić, logicznie uzasadnić, spleść w fabułę i jeszcze sprawić, że każda z postaci wydaje się realna jak własny sąsiad. Bohaterowie (z niewielkimi wyjątkami i tylko jeśli się uprzeć) są psychologicznie spójni. Zgodnie z najlepszymi praktykami zalecanymi dziś na kursach pisania, dynamiczny zwrot akcji następuje niemal co trzy strony. A każdą z nich wypełnia to wszystko, co historia literatury już kiedyś widziała i co zawsze działało na wyobraźnię czytelnika: zmumifikowane ciała w podziemiach (powieści grozy), relatywnie zamknięty (i duszny) krąg podejrzanych (Agatha Christie i inni), niewinni skazańcy wychodzący na wolność po latach aresztu (morze przykładów, w tym oczywiście Dumas), przyjaciele, którzy nigdy nie byli przyjaciółmi, choć wydawało się inaczej („Klub Dumas”, „Tajna historia” i wiele innych), piękne intrygantki (choćby „Trzej muszkieterowie”), zakochane nastolatki (ocean przykładów), błędy młodości (Trójmorze przykładów), pieniądze i seks (nie potrzeba przykładów), bogaci bezwzględni biznesmeni (jak wyżej), gwiazdy filmu (jak wyżej) i, naturalnie, politycy (wiadomix). I ta mieszanka działa. Cóż z tego, że byłam świadoma tej manipulacji, gdy i tak jej uległam ;-). I z każdą kolejną kartką pragnęłam jeszcze następnej i następnej, i tylko podziwiałam kunszt autorki. Ach, pisać jak ona! Chapeau bas!

Specjalne brawa dla duetu tłumaczy, prywatnie małżonków – książkę przetłumaczyli na polski Anna i Miłosz Urbanowie – i jest to pierwsza z wielu powieści Neuhaus, które mieli na swoim warsztacie. Okazuje się, że są z pisarką w stałym kontakcie mailowym i telefonicznym; w jednym z wywiadów wspominają nawet o przyjaźni (to wszystko bez wątpienia wpływa na jakość tłumaczonego tekstu – na przykład przez zrozumienie niuansów i znajomość autorskiego kontekstu, który dla Anny ma kolosalne znaczenie). I jeszcze, że już całkiem dobrze czują się w górach Taunus 🙂 . Ja jestem zdania – kontynuując przenośnię – że dobrze się w tych górach czuli już od pierwszego akapitu w „Śnieżce…”  Płynnej narracji w ich wykonaniu, takiej nie sprawiającej trudności, nie potykającej się o kolejność części zdania ani nieprawidłową odmianę, spójnej i logicznej, towarzyszy absolutna naturalność dialogów, a uwierzcie, przy złożonych strukturach gramatycznych w niemieckim to nie mogło być łatwe zadanie. Ta lekkość pióra państwa Urbanów to kolejny powód, by sięgnąć po książkę. W ich przypadku tłumaczenie – parafrazując klasyka –  jest taktem, nie wędzidłem.*

Baaardzo polecam!

Tschuss!

*wszystkim, których interesuje praca i rola  tłumacza, która, jak się okazuje, ma też spory wpływ na to, by wybrany tytuł w ogóle pojawił się w danym kraju, serdecznie polecam wywiad z Anną i Miłoszem Urbanami. Znajdziecie go tutaj: klik.

A tu z kolei (klik) radiowe spotkanie z małżeństwem tłumaczy, w tym sporo o samych powieściach Nele Neuhaus i dzisiejszych Niemczech w jej książkach. Warto (i przyjemnie) posłuchać. Cudna polszczyzna i ludzie z pasją. Polecam!

Ważne: zdjęcie książki jest mojego autorstwa.

2 komentarze

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *