przystanek Westerwald

03.01.2023

Światowy bestseller od 2017 do dziś przetłumaczony na dwadzieścia języków. Globalna filmowa premiera od kilku dni za nami. Autorką jest Niemka, rzecz dzieje się w jednym z najpiękniejszych miejsc na kontynencie, a całość jest jak baśń. I chociaż od pierwszego zdania wiedziałam, że to zupełnie nie moja bajka, zostałam w niej do samego końca. I z żalem zamknęłam książkę. Dzisiaj „Sen o okapi” Mariany Leky. Zapraszam.

Uwaga: chociaż bardzo się starałam, żeby to nie był spoiler, poniższy tekst może ujawnić to i owo. Więc może wróćcie do niego, jak już przeczytacie „Sen o okapi”.
A przeczytajcie koniecznie. Bo naprawdę warto.

Po ten tytuł sięgnęłam z dwóch powodów, oba były bardzo dobre. Po pierwsze „Sen o okapi” napisała Niemka, w dodatku starsza ode mnie o jakieś dwa lata. Po drugie długo i pięknie polecała tę Niemkę Magdalena Parys, autorka równie czy niewiele mniej bestsellerowego „Tunelu”, który także mnie zachwycił (klik). Zamówiłam więc powieść jeszcze przed powrotem do Polski i to od razu w dwóch wersjach językowych – oryginalnej i tłumaczonej. A potem z powodów życiowych pozwoliłam obu leżeć na wyciągnięcie ręki, za to zupełnie przez tę rękę nietkniętych, przez kilka miesięcy, aż wróciłam do mojego polskiego życia. I kiedy już opadł kurz z przeprowadzki, zajrzałam do Mariany Leky w wersji polskojęzycznej, najpierw długo i z podziwem przyglądając się okładce projektu Elizy Luty. Na niej, w otoczeniu narysowanych piórkiem ważek, wśród soczystych jabłek i równie soczyście zielonych liści, w niebieskim cieniu lasu stoi mały chłopiec i tytułowe okapi. Błękitny blask spowija obie postaci, mały człowieczek wyciąga rękę w stronę pochylającego łeb najdziwniejszego zwierzęcia świata, a całość ma klimat jak z „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren. I dzisiaj, kiedy o tym piszę, myślę, że autorka okładki uchwyciła naturę tej narracji, którą z czasem jakiś czytelnik nazwał Bullerbyn dla dorosłych.

Ale to nie jest żadne sielskie szwedzkie sioło, co zresztą w jednym z wywiadów podkreśliła sama autorka. W „Śnie” dziecięcy świat się rozpada (i nie napiszę dlaczego), a wrażenie dziecięcej naiwności pozostaje zachowane wyłącznie dzięki sposobowi, w który rzeczywistość postrzega główna bohaterka. I owszem, jest owo postrzeganie pełne niezwykłej życzliwości dla innych. Serdeczności nabytej dzięki wielkiej miłości, w której narratorce przyszło dorastać.

Bo to jest opowieść o miłości, o jej różnych obliczach, o jej sile i o jej wyjątkowości. O tym, że można kochać przez całe życie, i że można kochać o tej miłości nie mówiąc. Że można ją sobą potwierdzać każdego dnia i każdego dnia ją zaświadczać każdym uczynkiem, za to bez słów. Że można kochać niedoskonale, samemu będąc niedoskonałym, i w tej ludzkiej niedoskonałości kochać równie niedoskonałych ludzi. Że miłość nie zna granic ani czasu, że miłość jest dla dużych i dla małych, dla brzydkich i pięknych – dla wszystkich. I że każda z tych miłości jest jednocześnie codziennie zwyczajna i wielka.

I chociaż ta miłość jest na kartach książki wszechobecna, bardzo rzadko bywa nazywana po imieniu. Za to często przybiera postać uważnej życzliwości, współczucia, przyjaźni i sympatii. To dzięki temu czytelnik ani się obejrzy, gdy ląduje w tym świecie, robi zakupy w wiejskim sklepiku, w powiatowej księgarni i u optyka, mija bohaterów na ulicy i w cukierni, i już po pierwszych dziesięciu kartkach wszyscy oni są dla czytelnika jak starzy znajomi, jak lubiani sąsiedzi lub krewni, których przywary nieco nas śmieszą albo dziwią, ale dzięki sympatii przymykamy na nie oko.

Klimacik jest rodem z „Przystanku Alaska”, gdzie wzajemna odporność na ludzkie dziwactwa i spokojny rytm życia wnoszą kojącą rutynę do codzienności. Nie wiem jak na Państwa, ale na mnie dwadzieścia lat temu ten chill out działał odrobinę irytująco. A tu, proszę, niespodzianka, „Okapi” mnie zachwyca
(może czas obejrzeć serial jeszcze raz, najwyraźniej mentalnie jestem dzisiaj gdzie indziej).

Leky umiejscowiła swój przystanek bliżej nas, chociaż w równie pięknym miejscu. To Westerwald, ważna część niewysokich, malowniczych Reńskich Gór Łupkowych, po sąsiedzku z oszałamiająco piękną doliną środkowego Renu. Góry Łupkowe pokryte są gęstym lasem i to tutaj śladami baśni wędrowali dwieście lat temu bracia Grimm (klik). Echa tej magii słychać w opowieści Mariany Leky, która jako dziecko jeździła do Westerwaldu na letnie wakacje do babci.

I choć stworzona przez nią społeczność i wioska są fikcyjne, autorka przyznaje, że las jako źródło metafor, podań i tajemnic, jako miejsce ściśle związane z naturą, która coraz silniej przyciąga pisarkę, jest tak samo ważnym bohaterem „Snu” jak pozostali: ludzie i psy. Bo psy w powieściach Mariany też nigdy nie są przypadkowe. Podobnie jak każdy z przywołanych zabobonów. Czytajcie uważnie, ta powieść jest przemyślana pod każdym względem i nic nie wydarza się w niej przypadkowo. Czary, zjedzony cudzy chleb, spadające przedmioty także.

Czytajcie uważnie, ta powieść jest przemyślana pod każdym względem i nic nie wydarza się w niej przypadkowo. Czary, zjedzony cudzy chleb, spadające przedmioty także.

Ten zabieg literaturoznawcy nazywają realizmem magicznym. Sama Leky w jednym z wywiadów zaznaczyła, że bardzo lubi, gdy elementy niezwykłe łączą się z tym, co normalne, przenikając się lub uzupełniając nawzajem. I świetnie jej to wychodzi, dodając całości właśnie tej magicznej błękitnej poświaty, którą tak pięknie na okładce oddała pani Luty.

Marianę wychowywali rodzice psycholodzy i ich rozmowy o pacjentach, pozbawione imion i danych, a przecież pełne niuansów o ludzkiej naturze, pozostawiły trwały ślad w słuchaczce i oczywiście w jej powieści. Nawet niezbyt uważny czytelnik pośmieje się z doktora Maschke. A ten bardziej uważny dostrzeże skrypty pokoleniowe, subtelnie wplecione w niespieszny rytm opowiadanej historii.

Wreszcie – the last but not the least – czyli o tłumaczeniu w wykonaniu pani Agnieszki Walczy. Niemiecki nie jest prostym językiem, a i struktura rozbudowanych zdań może być dla tłumacza przysłowiowym wędzidłem. Tymczasem pani Walczy udało się nadać zdaniom, często nadal dość długim i skomplikowanym, lekkość i płynność sprzyjające przyjemnej lekturze. Wielkie brawa.

I jeszcze ciekawostka: tytułowe okapi to polski tytuł. W oryginale mamy „Was man von hier aus sehen kann” i oznacza to dosłownie: co można stąd zobaczyć. Owo stąd ma naturalnie wiele zastosowań, bo przecież może być i lasem, i oznaczonym czerwonym kółkiem fragmentem podłogi w kuchni, i daleką Japonią, i oknem pociągu. I chociaż okapi przywołane w tytule ma logiczny sens nawiązujący do treści, nie miałabym nic przeciwko pozostawieniu pierwowzoru w literalnie przetłumaczonym kształcie. Być może pozwoliłoby to czytelnikom zobaczyć coś więcej niż tylko nieco odrealnioną historię opowiedzianą językiem, który wielu uznaje za infantylny. Po dramacie na Ukrainie, po rzeczywistości pełnej przemocy, po netfliksowej fikcji wypełnionej brutalnością po brzegi, dla mnie ta narracja była jak haust świeżego powietrza. Kończąc lekturę tego żałowałam najbardziej: że z ostatnią kropką przestanę patrzeć na świat oczami Luizy.

Czyli Selma miała rację.

To Luiza stworzyła ten świat.

A dzięki Marianie Leky mogłam choć przez moment w nim pobyć.



Tschüss!

Jeśli czytasz i lubisz to, o czym piszę na blogu, kup moją książkę i wesprzyj mnie w ten sposób jako autorkę. To dla mnie ważne.

Zamów książkę →

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.