w moim magicznym domu

niedziela, 23 lutego 2020/129 dzień życia w Niemczech

W październikowym wpisie „Moje łóżeczko i moje miseczki” dzieliłam się obawą, że taki cud, w którego ręce oddam moje ukochane mieszkanie w Suchym, jeszcze się nie narodził, a tymczasem okazało się, że owszem, nie tylko się narodził, ale i niespiesznym spacerem do mnie dotarł, uważnym spojrzeniem dom obrzucił i zdecydował się wynająć. Święty spokój mojego Męża został w ten sposób uratowany. Podpisaliśmy umowę, a ja wczoraj przekazałam mój azyl w ręce nowych lokatorów.

Za mną tydzień ciężkiej pracy. Metoda, by przez minione miesiące stopniowo opróżniać dom z tego, w co obrósł razem z nami, okazała się strzałem w dziesiątkę. A jednak i tak zostało pracy na sześć  pełnych dni. Pełnych jak – za przeproszeniem – te worki z wszystkim, dzielone sprawiedliwie według wzoru: śmieci/makulatura/Niemcy/kontenery z odzieżą. I pomimo zmęczenia pełzającego po każdym, nawet najmniejszym mięśniu (nie wiedziałam, że mam ich aż tyle 😉 ), dobrze mi z tym zakończonym procesem. Naprawdę, przeprowadzki są higieniczne. Ta, jak inne, wymusiła na mnie ostateczne decyzje względem wielu przedmiotów: in or out, zostajesz lub znikasz, czuję się lżejsza o te gromady rzeczy niepotrzebnie leżakujących po kątach (a i tak regularnie pozbywałam się naleciałości).

I tak, choć boli mnie wszystko, ręce, nogi, kolana i plecy, to najbardziej zaskakujące jest to, że nie boli mnie serce. Nie ma we mnie smutku, że żegnam wypieszczone gniazdko, do którego wrócę za wiele długich miesięcy. Może powodem jest ta kochająca się, pełna wzajemnego szacunku rodzina, której przekazałam klucze? A może po raz kolejny doświadczona bliskość tych, którzy tworzą to moje magiczne miejsce na ziemi, i w jakiś sposób będą ze mną zawsze, gdziekolwiek mnie los nie rzuci.

Dlatego, jak na Oscarowej gali, pragnę dziś podziękować wszystkim, którzy mnie w moich ostatnich przeprowadzkowych zmaganiach wsparli:

– Tacie, który jest Supermenem (to wiadomix od zawsze), ale  szczególne właściwości pokazuje w czasie ultra precyzyjnego pakowania przedmiotów i układania ich jak przestrzenne puzzle;

– starszej Juniorce, bez której nie ruszyłabym z miejsca w niedzielę, a którą potem pokonało zapalenie oskrzeli i wspierała mnie zdalnie;

– Jeremiemu, który nosił, wyrzucał, wykładał i dźwigał, zachowując przy tym maniery dżentelmena i uśmiech;

– mamie Jeremiego, Adze, sąsiadce z naprzeciwka, że ma takiego Jeremiego i po raz kolejny ratuje mnie z opresji;

– Tomkowi, który wziął na przechowanie parę książek i przerzucił pościel, a także wysłuchał moich przedłużających się wywodów na rozmaite tematy;

– przyjaciółce i sąsiadce Ali, która służyła słowem i odkurzaczem, jednym i drugim od zawsze;

– agentce D., która z charakterystycznym dla siebie spokojem, mądrością i czarem przeprowadziła mnie przez proces wynajmu mojego własnego mieszkania;

– synowi agentki D., który wtaszczył do mieszkania nową płytę indukcyjną i planował wytaszczyć jeszcze trochę śmieci (a nie było wystarczająco dużo do taszczenia na owym etapie, przepraszam);

– mojej kolejnej przyjaciółce Joannie J., z którą w tym samym czasie mailowo omawiałam sprawy świata (bo przeprowadzka przeprowadzką, ale świat się w tym czasie nie zatrzymał i musiałyśmy to pilnie obgadać);

– panu Darkowi K., za domofon, który działa (choć nadal szumi, czyli trzeba doregulować) i za te kluczyki, które jeszcze podrzuci, i za naszą rozmowę przy roboczej kawce na stołku  😉 );

– mojemu Mężowi, który wiedział, kiedy ze mną rozmawiać i kiedy nie rozmawiać, i który co mógł, to zrobił z Niemiec, pielęgnując w tym czasie młodszą Juniorkę i kosztując radości karnawałowych ostatków w Hesji (ale o tym kiedy indziej);

– mamie mojego Męża, która też zapadła na zapalenie oskrzeli, i która przyjęła część majątku z Suchego, w tym Juniorkę Starszą (najcenniejsze!), i która wybaczyła mi, że nie dzwoniłam zbyt często w tym gorącym okresie 😉 ;

– i wszystkim tym, których nie wymieniłam z imienia, a z którymi mijałam się na schodach i na parkingu, i w Galerii, a którzy tworzą część mojego świata i sprawiają, że czuję się tam jak w domu.

Kochani! Czas pędzi. Czym jest tych kilkanaście miesięcy względem wieku globu. Wrócę wkrótce!

A na kawkę wpadnę już przy Wielkanocy!


Tschuss!

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *