deszcz czerwonych róż

07.12.2021

Tradycja capstrzyku jest w Niemczech bardzo długa, bo sięga aż XVI wieku. To wtedy, gdy wieczorową porą koszary zamieniały się w hałaśliwe miejsce zakrapianej alkoholem zabawy (i innych sensualnych uciech), by pozwolić okolicznym mieszkańcom spać, o określonej porze oficer z dwoma pobocznymi przechadzał się po wyszynkach i uderzał szablą w beczki z piwem.

Ten sygnał oznaczał koniec rozrywki i konieczność zachowania ciszy nocnej. To od tego uderzenia (Streich) w korek (Zapfen) wzięła się niemiecka nazwa Zapfenstreich, którą przyjęła (i oswoiła) polszczyzna. Z czasem zmieniła się też realna czynność ukryta pod capstrzykiem. Dzisiaj oznacza ustalony sygnał wykonywany na trąbce i oznajmujący koniec zajęć dziennych albo przejście mundurowych wieczorem przez miasto, najczęściej w przeddzień ważnego wystąpienia. Lub, jak w przypadku Angeli Merkel, towarzyszy oficjalnym pożegnaniom ważnych osobistości.

Utrwalone tradycją ciemności wieczoru wpłynęły na decorum show, czyli użycie pochodni. Podkreślające swym chybotliwym płomieniem magiczny nastrój chwili, odwołujące się do symbolicznej witalnej siły ognia, migoczące tysiącem odbić w metalu hełmów i stali broni aż prosiły się jako element nocnej scenografii. Z równie oczywistych przyczyn te same pochodnie trzymane przez żołnierzy Bundeswehry maszerujących zdyscyplinowanym krokiem przez berliński plac przed niemieckim Ministerstwem Obrony w polskim odbiorcy wywołują nieprzyjemne dreszcze. Zresztą nie tylko w polskim. Niemcy zdają sobie sprawę z przynajmniej kontrowersyjnej stylistyki capstrzyków i  oczywiście ten wątek pojawia się cyklicznie w publicznej debacie. I na razie nic się nie zmienia, co może jest przypadkiem, a może nie jest, ale fakt pozostaje faktem. Kolejni prezydenci i ministrowie są żegnani w analogiczny sposób. I każdy z nich sam może zdecydować o melodiach wygrywanych przez orkiestrę wojskową w czasie tego starannie wyreżyserowanego przedstawienia.

Angela Merkel wybrała dla siebie trzy utwory. Każdy z nich jest inny i każdy w jakiś sposób znamienny dla odchodzącej pani kanclerz. Kościelny hymn „Ciebie, Boże, chwalimy” nie stanowił zaskoczenia. Jak pisał profesor Stempin w swojej fenomenalnej biografii polityczki (kliknij tutaj), Merkel jest córką pastora i religijna atmosfera domu rodzinnego, a także autorytet ojca wydają się do dziś ważną częścią nie tylko jej biografii, ale także politycznej tożsamości. Natomiast dwa kolejne tytuły są jak mrugnięcie okiem do publiczności – i niesamowite pole do interpretacyjnej zabawy.

Du hast den Farbfilm vergessen” („Zapomniałeś o kolorowym filmie”) to wielki NRD-owski hit z lat siedemdziesiątych, z pazurkiem wyśpiewany przez Ninę Hagen. Podobno w tamtych czasach nie było w Niemczech Wschodnich nikogo, kto by nie znał tego, jak to się wówczas mówiło, szlagieru. Banalna, ale rytmicznie wciągająca piosenka to opowieść o Ninie i jej chłopaku Micha, który na urlop zapomniał zebrać ze sobą kolorowego filmu do aparatu fotograficznego. Ach, to była, przypomnę, jakby zupełnie inna galaktyka, pół wieku temu telefony były rzadkością i służyły wyłącznie do dzwonienia, więc dla braku odpowiedniego filmu nie było alternatywy ratunku. Nina ma zatem żal do chłopaka, że po wakacjach nie będzie czego pokazać znajomym. Na zdjęciach bowiem wszystko pozostanie, no cóż, trochę jak to w DDR-ach, czarno-białe. I tę czarno-białą, a w zasadzie bardzo szarą rzeczywistość instrumentalnie przywołuje na swoim capstrzyku Angela Merkel. Ta sama, której przez całe lata wypominano wschodnioniemieckie korzenie. I którą, przypomnę, oskarżano o współpracę ze Stasi.

Ale prawdziwą bombą okazuje się cudowny kawałek w klimatach zbliżonych do niektórych hitów Marleny Dietrich: „Niech pada na mnie deszcz czerwonych róż”, oryginalnie w wykonaniu Hildegard Knef. Sami popatrzcie:

Tłumaczenie poniżej jest moje, więc oczywiście nieco niewierne 😊 Niemniej oddaje sens piosenki:

szesnaście lat i cicha chęć
by wielką być, zwyciężać i
prawdziwie tak, szczęśliwie żyć
szesnaście lat  
i wszystko 
wszystko albo nic

niech pada na mnie deszcz czerwonych róż
chcę widzieć w nich po cudzie cud
świat niechaj schowa w róż tych strugi
przeklęte swoje smutki 
trudy

a nieco później rzekłam jeszcze
chcę widzieć dużo, zaznać więcej
i  samej nigdy nie chcę być
i jeszcze wolną, wolną żyć

niech pada na mnie deszcz czerwonych róż
chcę widzieć w nich po cudzie cud
szczęście niech będzie czułe, miłe
dla mego losu
w róż tym pyle

a dzisiaj, dzisiaj cicho znowu 
powiem spełnieniu
jeszcze nie
bo ja 

zwyciężać
ciągle jeszcze 
chcę 

chcę 
wszystko albo nic

niech pada na mnie deszcz czerwonych róż
chcę widzieć w nich po nowym cudzie cud
nowe budować z dala od starego
najlepsze brać z oczekiwanego

tego chcę
tego

Czyżby zatem nastoletnia Angela wiele dekad temu sama sobie powiedziała po cichu jak bohaterka piosenki, że jedyne, czego chce, to wygrywać? Że wszystko albo nic? I że – spekulują dzisiaj w Niemczech – jak w przywołanym przeboju, wcale nie chce spocząć na różach laurach, tylko dalej smakować zwycięstwo i budować nowe z dala od starego?

Mal sehen, zobaczymy. Tymczasem absolutnie dosłowne pozostają wielkie bukiety czerwonych róż, które, co prawda nie spłynęły z deszczem podczas capstrzyku, ale jak wielkie wykrzykniki stanęły po obu stronach podium, na którym kanclerz odbierała honory. I wreszcie z których, na sam koniec, tuż przed odjazdem błyszczącą limuzyną, wyciągnęła dla siebie właśnie taką piękną, długą czerwoną różę.

niech pada na mnie deszcz czerwonych róż
chcę widzieć w nich po cudzie cud
świat niechaj schowa w róż tych strugi
przeklęte swoje smutki
trudy

Tschüss!



Edit: innym czerwonym wykrzyknikiem ceremonii okazała się ubrana w jaskrawy płaszcz Annegret Kramp-Karrenbauer, dziś minister obrony narodowej Niemiec, onegdaj poważny kandydat do fotela kanclerskiego. I chyba ktoś nie odrobił pracy domowej z protokołu, bo czerwień kreacji w przykry sposób odciągała uwagę od ubranej w totalną czerń pani Merkel. A przecież tego wieczoru królowa miała być tylko jedna ☹ .

Jeśli czytasz mojego bloga, możesz zamówić także moją książkę i wkrótce cieszyć się zapachem druku i szelestem kartek.

Zamów książkę →

2 komentarze

  1. Bardzo dobrze mi się czytało Twoją relację. Wolę tak, niż oglądać w telewizji. Byłem wstanie wyobrazić sobie tę uroczystość. Całusy

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.