zające bez uszu

środa, 18 grudnia 2019/ 91 dzień życia w Niemczech

I stało się. W swoich kulturowych poszukiwaniach na temat Niemiec i Niemców zupełnie, ale to zupełnie pominęłam niemieckie współczesne kino. Zatrzymałam się na złotych latach dwudziestych, na tych wszystkich Błękitnych Aniołach i Nosferatu, potem ewentualnie „Niebo nad Berlinem” (późne lata osiemdziesiąte minionego wieku), a dalej już wielkie nic.

A szkoda. Ponieważ wygląda na to, że choć co prawda niemiecki przemysł filmowy nie wrócił do wielkości sprzed stulecia, to jednak ma coś do zaoferowania. I to coś, a w zasadzie odprysk, zobaczyliśmy sobie wspólnie z grupą na jednych z ostatnich zajęć z niemieckiego. Wszystko auf Deutsch, jakżeby inaczej, na szczęście z subtitles (które w lokalnym narzeczu zwą Untertiteln), co uratowało zrozumienie przeze mnie przynajmniej części dialogów.

I jeszcze gatunek – komedia romantyczna! – absolutnie zaskakujące, że można zrobić zabawną i wzruszającą rzecz w języku Goethego i Manna. Niebywałe. A jednak eksperyment się powiódł, pacjent (ku zaskoczeniu lekarzy) żyje, i jeszcze po projekcji napisał krótką recenzję (także po niemiecku), bo przecież nie ma, że film, są Unterrrichten, zajęcia, musi być Hausaufgabe, zadanie domowe (sami zgadnijcie, kto w tym dniu był nauczycielem prowadzącym).

Mowa o „Keinohrhasen” w reżyserii Tima Schweigera, który zresztą, co ponoć u niego normalne, nie tylko sam film wyreżyserował, ale i w nim zagrał wraz z częścią swojej rodziny (prywatnie ma czworo dzieci), a także napisał scenariusz (dobrze chociaż, że nie on plan posprzątał i nie on zajmował się cateringiem).

I tu pierwsze moje olśnienie, po prostu sama nie wiem, jak to możliwe, że go przeoczyłam, bo w filmach gra przynajmniej od lat trzydziestu (sic!), w tym w amerykańskich i to całkiem pierwszoligowych, takich jak  na przykład „Bękarty wojny”. Pomijając tych kilka dekad i fakt, że krytycy chórem skandują, jakim to utalentowanym aktorem jest pan Schweiger, warto podkreślić, że Tim jest po prostu niesamowicie atrakcyjnym facetem, w typie ciacho ciachalski, wysoki, szczupły, wysportowany, grają mu te muskuły dyskretnie i cudownie proporcjonalnie na wszystkich 175 centymetrach boskiego ciała i nawet jakby nic nie mówił, tylko stał w każdym kadrze w innej pozycji, też byłoby dobrze.

Dla większego szczęścia widzek (i widzów) dodam, że kadry są nim wypełnione (i nie tylko nim! sporo tu dobrych aktorów, w tym moje kolejne zaskoczenie – fenomenalna Nora Tschirner)  – i ku mojemu zdumieniu – jest naprawdę śmiesznie. Fabuła nie jest może zbyt ambitna, bardzo w klimatach innych europejskich produkcji tego gatunku z ostatnich lat, ale ładnie pokazuje zderzenie światów, w jakich obracają się bohaterowie. Akcja jest wartka, dialogi zabawne, a niektóre sceny po prostu przekomiczne, przy czym od razu dodam, że jest to komizm sytuacyjny i najprostszy (czyli Plaut byłby z ciebie dumny, Til*).

W tle toczy się i dzieje Berlin – jedno z najpiękniejszych i największych miast Europy, i dla tych, którzy kochają to miasto jak ja, zabawa w odgadywanie, gdzie nagrywana jest dana scena, jest dodatkowym plusem.

A teraz szczególne podziękowania dla tłumacza tytułu filmu, czyli parę słów o tym, jak można zniechęcić do oglądania. Ja wiem, parafrazując Showa, że przekład jest jak kobiety, piękny nie jest wierny, a wierny nie jest piękny, ale w tym konkretnym przypadku przekład nie jest ani piękny, ani wierny. On nawet nie jest dobry. Teoretycznie po niemiecku „keinohrhasen” oznacza zbite w jedno słówko  „zające bez uszu”. Jest w filmie słodka scena wyjaśniająca tytuł, ale w moim mniemaniu wcale nie o zające chodzi. Otóż, jeśli się szybko tę zbitkę wypowie, wybrzmiewa nam nic innego tylko niemieckie „brak orgazmów”. Który, oczywiście, też się pojawia w filmie, w którym, jakbyśmy to dziś powiedzieli, heteroseksualni bohaterowie uprawiają życie, w tym miłość i dyskusje o męskich i damskich perspektywach na obydwa te tematy, przy czym – jak można się domyślić – te perspektywy w części są rozbieżne. Tej gry słów nie udało się w polskim tytule uchwycić – a szkoda.**

I na deser – choć film ma zakusy na kino familijne – proszę, nie dajcie się zwieść. No, chyba, że chcecie mieć (większą) familię albo macie dorosłe dzieci. To owszem. Bo „Miłość z przedszkola” nie jest o buziaku w stołówce.

I na (rozmaitych) buziakach się nie kończy.
Więcej nie spoileruję.
Tym, których kręci, co aktualnie kręcą nasi niemieccy sąsiedzi – polecam!

Tschuss!


*Plaut – rzymski komediopisarz z  III i II w. p. n. e., jego dzieła wywarły wielki wpływ na rozwój komedii europejskich; uważał, że najzabawniejszy jest prosty humor, gagi znane nam później na przykład z filmów z Charlie Chaplinem czy Flipem i Flapem: wywracanie się na skórce od banana czy oberwanie deską, którą na ramieniu niesie ktoś inny. Plautowym  żelaznym patentem na podniesienie żartu do potęgi było powtórzenie danej sceny. Czyli ktoś ślizga się drugi raz na tym samym bananie. Albo dostaje drugi raz deską, ponieważ niosący  ją człowiek po raz kolejny nią machnął. Uwaga dla wrażliwych: to ten rodzaj humoru znajdziecie w filmie Schweigera (również w postaci deski).   

**tak, wiem, że takie tłumaczenie nie jest łatwe, zwłaszcza gdy języki mają inna tkankę gramatyczną. Ale można się było chociaż bardziej postarać…

1 komentarz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *