walentynki

14.02.2022

Walentynki, walentynki! Przygotowałam okolicznościowe prezentacje dla moich dorosłych uczniów, pełne serc, czerwonych róż i pocałunków, z objaśnieniem, jak po polsku mówimy randka (po niemiecku randka, jak walentynki, jest z Ameryki, czyli das Date). I oczywiście od razu podsunęłam zalecany metodycznie związek zgody, czyli jak randka, to romantyczna, a że w grupie mam większość pań, to zakładam, że wszystkie mamy w głowach właśnie taką randkę.

Z tym, jak wygląda randka w wydaniu niemieckim versus polskim może być pewien problem, bo jednak różnimy się (nieco) kulturowo. Niby i tu, i tu czerwone róże, i serca, i bombonierki, ale po niemieckiej stronie wyznaniem miłości są też… pierniki! (sic!). Takie walentynkowe ciacho koniecznie musi być w kształcie serca i koniecznie w lukrowej polewie klimatycznie wystylizowanej.

Prócz róż i czekoladek po polskiej stronie Odry obdarowujemy się też maskotkami i kartkami. Analogicznie u sąsiadów, z tym, że u nich symbolem pożądania jest … świnia. Na niemieckich walentynkach znajdujemy zatem mnóstwo serc i róż, i życzeń miłości, a wśród nich wszystkich pląsa urocza pękata różowa świnka z uśmiechniętym ryjkiem.*
Co kraj, to obyczaj 😉 .

I wreszcie nieodłączny element walentynkowego święta, czyli… pocałunki. Pocałunki jak ludzie, bywają rozmaite. Polskie opisała Osiecka (a Umer wyśpiewała, posłuchajcie: https://www.youtube.com/watch?v=Nh7jOq_LX3k&ab_channel=ibs11 ):

Wróciły dziś do mnie nad ranem
Jak z nieba zgubione jaskółki
Na długą niepamięć skazane
Nasze dawne, zabawne... pocałunki.

Te znad rzeczki, te z łąki, te z lasu 
Te pospieszne, bo nie ma już czasu 
Te gorące zdyszane i te senne nad ranem 
Te liryczne i śliczne, i pornograficzne 

Te kradzione od żony 
I te kłamstwem słodzone 
Tamte z klatki schodowej i z windy 
Te miętowe i te anyżkowe 
I te inne od innych 

A na końcu te troszkę mokre od łez 
Po których nie ma już śladu.

Poezja poezją, a Niemcy, naród uporządkowany, usystematyzowali pocałunki na poważnie. I tak, zgodnie z Wikipedią.de, na niemieckiej liście buziaków znajdziemy (wraz ze szczegółową charakterystyką): pocałunek w czoło, pocałunek w rękę, spiczasty pocałunek (taki dziubek w dziubek, żadnych pikanterii), całus wysyłany w powietrzu (wcześniej złożony we wgłębieniu własnej dłoni), pocałunek francuski (to ten z „języczkiem” – i z komentarzem, że takowy zaobserwowano również wśród innych naczelnych, tj. orangutanów i szympansów bonobo), pocałunek bólu, intymny (wiadomix), pocałunek w nos, w rękę (to ten Tuskowy z panią Merkel) i oczywiście… pocałunek motyla, który jest delikatną pieszczotą powiek typu usta-usta rzęsy-rzęsy.

Temat subtelny i ważny, więc podjęli go oczywiście artyści:

Cudny secesyjny Kuss, czyli „Pocałunek” Petera Behrensa z 1898 r. O utalentowanym Behrensie pisałam wielokrotnie, choćby tutu.

To z kolei „Pocałunek” Kirchnera, nazywany też „Parą miłosną”. A zatem, zgodnie z niemiecką systematyką, to raczej nie jest, hmm, pocałunek w czoło…

„Pocałunek” Käthe Kollwitz (klik), typowa dla artystki proza życia na kremowym papierze.

I lwy salonowe…

Zabawa w zgadywanie pocałunków/całowacza: Küsse(r)raten in der „Franzosenzeit”, ok. 1810.

… a także inne lwy (niestety, nie salonowe):

… czyli słynny pocałunek Breżniewa i Honeckera utrwalony w popkulturze Muru Berlińskiego, do zobaczenia i dziś, i zarazem nie do odzobaczenia nigdy. W komunistycznym świecie taki pocałunek miał być testem braterstwa, typowym aktem sprawdzającym lojalność wasala względem seniora. Jakikolwiek odruch wstrętu bądź próba uniku strony całowanej mogła być dla całującego sygnałem kiełkującej zdrady, zmiany poglądów, cichych knowań… Dla bezpieczeństwa i niepoznaki całowano się zatem soczyście i z zaangażowaniem.


Ach, jak ja bym chciała, żeby w tym czasie napięcia, czasie, gdy rosyjska inwazja wisi w powietrzu, wszyscy nagle zostawili te swoje czołgi, karabiny i hełmy, i po prostu rzucili się w ogień całowania. Niech się całują jak chcą, w nosy, oczy, dłonie, po francusku i w czoło, ale niech ten akt oczyści atmosferę z wrogości, jakiej dawno nie było na kontynencie. Niech się wszyscy całują zapamiętale i z uczuciem, a nawet do bólu, co tam komu w duszy gra. Niech dzień św. Walentego, na wielu podobiznach oświeconego promieniami ostrego lutowego słońca, przyniesie Europie właśnie takie światło. Światło miłości.

Tego dzisiaj życzę nam wszystkim.

Tschüss!
Kuss!




*co prawda po niemiecku lubieżnik to traszka żądzy (der Lustmolch: die Lust – żądza, pożądanie, der Molch – traszka), ale już określenie „mieć szczęście” to czyste „mieć świnię”: Schwein haben. No i mamy jeszcze marcepanowe die Glücksschweine, świnie szczęścia, do kupienia w każdym markecie.

Jeśli czytasz mojego bloga, możesz zamówić także moją książkę i wkrótce cieszyć się zapachem druku i szelestem kartek.

Zamów książkę →

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *