wochenmarkt w Offenbachu

10.06.2022

Uwielbiam targi i jarmarki, pełne świeżych owoców i warzyw, z lokalnymi produktami, dostawcami i wszystkim tym, co zawsze kręci się wokoło: kwiatami, przyprawami, olejami, miodami i knajpami. Za przyjemność postania w kolejce i zaciągania się zapachem nowalijek gotowa jestem płacić więcej. Spaceruję, rozmawiam i śmieję się z innymi, próbuję i podjadam, chłonę oczami, dotykam i wreszcie spokojnie wkładam do koszyka upatrzone zakupy. A zatem kiedy jeszcze przed kowidem sąsiadka wspomniała, że co tydzień jeździ na taki targ do Offenbachu, zastrzygłam uszami.

I na tym się skończyło na całe półtora roku, bo potem przyszedł wirus, targ jak wszystko, zamknięto, a potem otwarto, ale z wizytą w tak szczególnym miejscu czekałam do wiosny. I wreszcie, hurra, wiosna nawet nie przyszła, a wybuchła, nagle 27 stopni, ale nic, chwytam mój koszyk, włosy przewiązuję czerwoną chusteczką, mam granatowe rybaczki i białą bluzkę, opaska na głowie nie czyni ze mnie pin-up girl, a raczej miejscową Frau, i tak zakamuflowana wyciągam Męża na Wochenmarkt. I na śniadanie, bo offenbaski rynek jest otoczony knajpkami, które oferują przepyszne śniadania, tak przynajmniej piszą na tripadvisor tubylcy i turyści, a zatem – jedziemy!

Rynek wielkością przypomina ten nasz w Poznaniu, Jeżycki, podobna architektura dookoła i budki z kolorowymi dachami, i ten sam klimacik. Mieszam się z tłumem, zostawiając Męża na kawę w sąsiedztwie. Bo dla Męża taki ryneczek jest archaicznym wspomnieniem dawno minionych dziejów, ilość międzyludzkich interakcji płoszy Męża, podobnie jak luzem porozrzucane kartofle i szparagi. Ideałem zakupowym tego mężczyzny jest współczesny market, Lidl czy Rewe, w którym regały stoją ustawione jak karne pułki, kolor warzyw filtruje folijka opakowań, wszystko można włożyć do koszyka samemu, żadnych niepotrzebnych dialogów w krótkiej przejażdżce drucianym wózkiem do kasy, gdzie płaci się kartą. Jak cywilizowany człowiek.


Oczywiście pozorny chaos offenbaskiego rynku nie ma nic wspólnego z szeregami regałów i w grę wchodzi wyłącznie gotówka. I jeszcze trzeba sobie pogadać, pouśmiechać się, pointegrować z lokalsami, wszystko w nieistotnym celu zakupienia czegoś, co zdaniem Męża służy wyłącznie do podtrzymania funkcji życiowych ciała, niezbędnego, ale jednak tylko worka na duszę.    

Więc Mąż zostaje na swojej kawce, a ja wnikam w tę ludzką mieszaninę, zafascynowana i przeszczęśliwa. Dotykam woreczków z lawendą (tylko 5 euro za 3 sztuki informuje napis na tablicy), wącham naturalne perfumy prosto z Francji (rum i wetiwer, mówi sprzedawca, raczej dla mężczyzn, nic nie szkodzi, lubię takie, wymieniamy się uwagami o naturze uniseksów, o bogowie, a wszystko w tym języku, który wydaje się, że wreszcie oswoiłam, i słowo oswoiłam to jest chyba najlepszy termin, jaki potrafię znaleźć dla tej lingwistycznej relacji), potem kupuję trzy różne sery u pana z wyłącznie niemieckim nabiałem, a wszystkie z okolicy, w tym miodowo żółty, lekko pikantny ser w otulinie z dzikich kwiatów (chabrowe płatki sypią się potem na kanapkę, jest pięknie i smacznie).

Czerwcowa zieleń drzew, pastelowe ściany domów, niebo nad ryneczkiem, a niżej kolorowe stragany i czerwone czereśnie, koralowe truskawki, z których słynie cała Hesja, kalarepy, ogórki, pomidory… Feeria barw i smaków.

Są też wędliny i stanowiska z chlebem, najdłuższa kolejka ustawia się do straganiku z włoskimi specjałami. Wiedziona intuicją staję z innymi. Bingo! Oto legendarna pomidorowa Maria! Właścicielka ma temperament, z którego słyną jej rodacy, mówi i po włosku, i po niemiecku, ten miks jest uroczy: co dla pani, signora, stali bywalcy wymieniają między sobą więcej słów i uściski, atmosfera jest iście domowa, nikomu nie przeszkadza, że ta forma sprzedaży oznacza przynajmniej kwadrans stania w ogonku dłużej. W końcu to nie McDonald – no i gigantyczna bruschetta od Marii warta jest nie tylko tego kwadransa, ale grzechu.

Wracam do pana od ziółek, nie kupuję rumu z wetiwerem, a saszetki z lawendą, obok pani w moim wieku próbuje po angielsku dowiedzieć się o skład mieszanki z kwiatów pomarańczy. I czy aby na pewno jest antydepresyjna? Sprzedawca angielskiego ani w ząb, pani niemieckiego tyle samo, co sprzedawca angielskiego, wyskakuję z propozycją tłumaczenia. I ku własnemu zdumieniu lecę z angielskiego na niemiecki i na odwrót, po czym, kiedy transakcja zostaje zawarta i pomarańczowy woreczek trafia w ręce kupującej, okazuje się, że pani jest z Ukrainy.

Świat jest mały, świat jest przedziwny, nad offenbaskim rynkiem nagle jakby więcej chmur,

trzymam kciuki, żeby mieszanka pomogła.


Ukraina

Ukraina
 
w nagłym łopocie serca uciekło mi w tym tłumaczeniu, że na taką depresję kwiaty pomarańczy to jednak może być za mało.


***

Wracam do Męża, pokazuję moje łupy, rozwijam sery i wąchamy je wspólnie, wąchamy też lawendę i włoski chleb, a potem nasze worki na duszę wołają jeść, więc przenosimy się na drugą stronę rynku na pyszne śniadanie z różowym vino de casa.


Słońce świeci, uliczny grajek dżezuje znane kawałki, siedzimy i gadamy.

A potem idziemy nad Men.


Tschüss!



P.S. Tradycja niemieckich jarmarków sięga aż średniowiecza, kto ciekawy, niech zajrzy tutaj (klik). Uwaga: Offenbach oferuje więcej atrakcji niż tylko ten malowniczy targ (klik).

Jeśli czytasz mojego bloga, możesz zamówić także moją książkę i wkrótce cieszyć się zapachem druku i szelestem kartek.

Zamów książkę →

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.