Paula

20.11.2021

Trzeba przyznać, że moje pierwsze spotkanie z tą artystką miało pewien posmak taniej sensacji. Mianowicie jest w platanowym gaiku na Mathildenhöhe taki pomnik, nieco z boku, i trzeba się mu mocno przyjrzeć, żeby dojrzeć, co przedstawia. A przedstawia on leżącą kobietę, lekko uniesioną na łokciach, i malutkie dziecko. I można by oczywiście pomyśleć, że to całkiem idylliczne ujęcie macierzyństwa (jeśli nie zaniepokoi nas pewien tragizm ujęty w napięciu ciała przedstawianej postaci), o ile nie doczyta się tytułu.

A ten tytuł to „Umierająca matka i dziecko”, czyli jak u Hitchcocka, dalej może być już tylko mroczniej, zwłaszcza gdy się poszpera tu i ówdzie i dowie, że pomnik jest kopią pomnika nagrobnego Pauli Modersohn-Becker, autorstwa zaprzyjaźnionego z nią Bernharda Hoetgera. Hoetger był rzeźbiarzem, malarzem i architektem, i ekspresjonistą jak ona, ponoć wyrzucającym sobie po nagłej śmierci malarki, że talentu Pauli, długo poszukującej swej artystycznej formy, nie dostrzegł czy też nie wypromował odpowiednio wcześniej.

Byłam przekonana, że mam to foto w swoich zbiorach, ale nie znalazłam. Załączam zatem zdjęcie oryginału pomnika z cmentarza w Worpswede. Źródło: Wikimedia Commons, na prawach GNU Free Documentation License, Version 1.2.

Musiał podobny żal wezbrać i w samej Pauli, której po wielu latach udało się wreszcie zajść w ciążę i z trudem urodzić córeczkę. Wyczerpana porodem, w przedłużającym się połogu, w pierwszym dniu, gdy pozwolono jej wstać z łóżka, dostała zatoru i zmarła. Mąż zanotował ostatnie słowa nieco ponad trzydziestoletniej artystki: Co za szkoda!

To pragnienie macierzyństwa, ale i spokojna i dojrzała artystyczna perspektywa, nie infantylizująca i nie dająca się ponieść społecznym utyskiwaniom na przykład na wioskową nędzę najmłodszych (w czym gustowała Kathy Köllwitz (klik)*), jest widoczna we wszystkich licznych pracach artystki poświęconych dzieciom. To silne pociągnięcia pędzlem, portrety intensywnie kolorowe i o prostej mocnej kresce konturów.


Prace wykonane na kilka lat przed śmiercią stanowią wielki powrót malarski do martwej natury. Obrazy są cudownie intensywne. O barwach, których dobór i zastosowanie zachwycał Otto Modersohna, również malarza, najpierw nauczyciela, a następnie męża Pauli.

Męża i nie-męża, a w zasadzie prawie nie-męża. Z jednej strony małżeństwo (z wielkiej miłości!) dało malarce finansową wolność i uwolniło od niechcianej zawodowej przyszłości guwernantki. Z drugiej okazało się klatką. Po latach prób godzenia prowadzenia domu z malarską pasją Paula coraz częściej jeździ do Paryża, gdzie godzinami przesiaduje w muzeach i brata się z artystyczną cyganerią. Jest koniec XIX wieku, stolica Francji jest mekką dla takich jak ona. Niewielkie atelier, które wyposaża za bezcen, życie na koszt męża (a wcześniej z niewielkiej emeryturki po zapobiegliwych krewnych) pozwala jej rozwijać talent i kształcić się u najlepszych. To wtedy gotowa jest przyznać, że pragnie rozwodu – woli żyć samotnie i wyłącznie tworzyć – choćby to życie było bardzo skromne. Jak dramatycznie nędzna mogłaby być jej przyszłość, uświadamiają Pauli przyjaciele. To wtedy wyjeżdża z Francji i wraca, jak to się pięknie mówi, na łono rodziny. Poza pięknem sformułowania pozostaje Pauli gorzki smak braku niezależności i ekonomiczny przymus (być może osłodzony nieco uczuciem, które, jak się wydaje, łączyło małżonków do samego końca).

Minęło wiele lat nauki i praktyki zanim artystka zrozumiała, że jest w swym sposobie przedstawiania świata wyjątkowa – i niemal jedyna, zwłaszcza wśród kobiet.  Po miażdżącej krytyce, z którą spotkały się jej prace na samym początku twórczości, przez całe życie unikała publiczności i ekspresyjnie zamalowane płótna pokazywała wybranym nielicznym, najczęściej blisko zaprzyjaźnionym. A ci nieliczni pozostawali pod niezmiennym wrażeniem i kameralnie promowali ją dalej (lub wspierali finansowo).

W swych poszukiwaniach sięgnęła po środki wyrazu nieznane wcześniej w kobiecym świecie sztuki. Jako pierwsza stworzyła pełnopostaciowe akty, które były zarazem jej autoportretami**. Ta śmiałość autoanalizy (również obyczajowa) korespondowała z przenikliwością obserwacji otaczającego świata. I zarazem nie umniejszała zachwytu nad życiem opisywanym w intymnych dziennikach. Treść tych dzienników, upór w poszukiwaniu artystycznej formy i przedwczesna śmierć przyczyniły się do stworzenia ckliwej etykiety, przez pryzmat której przez jakiś czas postrzegano spuściznę artystki. Dziś, gdy jej prace przyćmiewają dzieła męża, a ich przełomowy charakter stawia Paulę w szeregu prekursorów ekspresjonizmu*** obok Muncha i Gauguina, świat z coraz większym zainteresowaniem przygląda się obrazom pani  Modersohn.  

Jak w przypadku wszystkich tych, których dni wypełniły się dramatycznie wcześniej, nasuwa się pytanie, co by było, gdyby przeznaczenie dało Pauli jednak więcej czasu. Próbę odpowiedzi podjął mąż (1932 r.) : „Nie można sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby żyła dłużej. W ciągu ostatnich kilku miesięcy marzyła o Włoszech, których nigdy nie widziała, aktach na łonie natury, wielkopostaciowych obrazach. Można się tylko domyślać, co jeszcze dałaby światu”.

Tschüss!

*panie studiowały w tej samej szkole w Berlinie, Kathy oczywiście odpowiednio wcześniej. O Kathy Köllwitz przeczytasz tutaj (klik).

**osobiście dostrzegam jakiś wspólny pierwiastek łączący autoportrety Pauli Modersohn-Becker z Fridą Kahlo, ale po namyśle dochodzę do wniosku, że nie chodzi o styl, a o to przenikliwe stawianie samej siebie w centrum malarskiej, autorskiej analizy.

***ekspresjonizm jako pełnoprawny kierunek artystyczny rozwinął się na pocz. XX wieku właśnie w Niemczech. O jego innych przedstawicielach pisałam tutaj (Emil Nolde – klik)tutaj (Macke – klik).

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *